Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Ani słowa o Walentynkach

Walentynki. Cudowne święto rzygowych kartek, wszechobecnych serduszek, całujących się, miziających, trzymających za ręce zakochanych. Święto kwiaciarek, producentów bombonierek, a w tym roku również Magdaleny G. i jej cudownego parówowego produktu. BESOS!

Jaki dzień dziś mamy? Czy dziś jest jakieś święto? Nie ma opcji, żeby nie wiedzieć czy zapomnieć. Serca są wszędzie. Facebook również nie zawodzi stosownym motywem do udostępnienia.

 

Są dwie szkoły.

Pierwsza nakłania zakochane osoby do organizowania wymyślnych niespodzianek, romantycznych kolacji, drogich prezentów. Panie przywdziewają seksowną bieliznę. Panowie rezerwują stoliki i kupują kwiaty w jedynym słusznym kolorze Red. Chyba, że ukochana lubi np. żonkile. Wtedy kupują tulipany. Żółte. No co? Było blisko, nie? Są też wersje finalno-alternatywne, jak podarowanie ukochanej biletu na skok na bungee „A nóż się jej finalnie pozbędę”, bardziej spontaniczne „Szit, nie mam nic na Walentynki. Kupię coś w Żabce wracając z roboty”, czy praktykowana również przeze mnie i Ojca w bezdzietnej jeszcze przeszłości wersja „na Polaka”, określona w skrócie „Każdy powód, żeby se chlapnąć jest dobry. Ja kupię flachę, Ty ogarnij zagrychę. Love Cię forever. Twój Witold.”. W sumie, czemu Witold akurat? Może coś w klimacie tradycyjno-rodzinnym jak spacer do pobliskiego parku, obiad w domowym zaciszu albo 158 odsłona Notting Hill, Uciekającej Panny Młodej lub innego romansidłowego klasyku, obowiązkowo z udziałem króli i królowych gatunku w postaci Meg R., Julii R., Hugh G. Richarda G. lub Toma H. choć tak naprawdę, wszystkich na raz najlepiej.

Generalnie chodzi o to, żeby się tym dniem jarać, świętować na mniej lub bardziej hamerykańską modłę, sprawiając przy okazji przyjemność osobie, którą obdarza się uczuciem. Spoko sprawa. Czemu nie. Nie uwierzę, że można codziennie okazywać sobie uczucie w równie intensywny sposób, jak będąc zmotywowanym przez taką własnie okoliczność. Pozytywny powód. Pozytywne emocje. Ekstra. Jeśli ktoś mówi, że nie potrzebuje takiego święta, żeby wyrazić miłość, jest takim samym kłamcą jak ten, który twierdzi, że nie potrzebuje Święta Zmarłych, żeby odwiedzić Praprababcię.

Druga szkoła jest kompletnie przeciwna obchodom tego dnia. Głupia moda z zachodu. Nikt chłopu nie będzie mówił, kiedy kupić samicy badyl, a babie kiedy być miłą i nie ochrzaniać starego za byle pierdołę siedemnaście razy dziennie. Samonapędzająca się maszyna do wydawania pieniędzy na nikomu niepotrzebne, paskudne, kiczowate pluszaki, których poliestrowe futerko przy kontakcie z czymkolwiek strzela iskrami, jak ambitny piroman-amator fajerwerkami w Sylwestra. Po co to komu? Kasa w błoto, róże do kosza, misiek w kąt, a ile drzew poszło na kartki. Bez sensu.

Trwa odwieczny konflikt, który co roku mobilizuje oba fronty do uzewnętrzniania swoich poglądów w szumnie zwanych mediach społecznościowych, potęgując ilość statusów ze sprawą związanych w skali od jeden do rzygnę, gdzieś na poziomie dajcie-drugą-miskę.

O ile pojedyncze posty czy teksty na blogach spamujące sercowym tsunami, jak np. 48 artykuł o tym co obejrzeć w Walentynki lub o jakim prezencie marzy każda kobieta, kompletnie mi wiszą, po prostu przewijam dalej, o tyle manifesty antywalentynkowców, to już zupełnie inna bajka. To trochę jak z pączkami w Tłusty Czwartek czy wielką wyżerką na Święta. Mnóstwo osób poradzi Ci, jak spalić każdego pączka i ile kilometrów będzie trzeba przebiec, żeby odpracować bigos. Zaraz jednak przybiegnie trzy razy tyle osób tak zwanych „luz-na-dziwce-w-święta-folguję”, krzyczących wręcz, jak to liczenie kalorii w święto pączka jest bzdurą i przecież tego dnia trza się wyluzować i napakować kołdun, aż marmolada uszami wyjdzie. „Bo zaraz się zacznie! Wyliczanie kalorii. Ale to głupie. Ja dziś nie liczę. Wy też odpuście.”, „Pisanie o kaloriach w taki dzień to bzdura.”,  „Ani jednego statusu z przeliczaniem pierogów na kilometry, bo rzygnę” itp.

To samo z Walentynkami. „Walentynki pff… Kolejne durne święto przytachane z zachodu.” „Jakbyśmy nie mieli swoich tradycji. Wszędzie te Walentynki”. „Ja dziś nie napiszę o Walentynkach, bo tego święta nie obchodzę”. „Znowu się zacznie walentynkowy spam”. „Ponieważ wszyscy dziś o walentynkach, to ja wyjątkowo o nich nie napiszę”. A teraz zadanie z gwiazdką dla prawdziwych matematycznych orłów. Ile razy w każdym z tych antywalentynkowych statusów padło słowo „Walentynki” i jego pochodne?

Jest jeden prosty sposób, który może pomóc w tym, aby w Walentynki nie myśleć o Walentynkach, jeśli się ich nie lubi lub nie obchodzi z wyboru albo z powodu braku obiektu lokowania uczuć wyższych, niż miłość do butelki wody odnalezionej w zasięgu ręki przy własnym łóżku o 16 rano po ostro zakrapianej nocy. Miłość większa od tej, musi być miłością absolutną, kompletną i najdoskonalszą. Jeśli drażnią Cię entuzjastyczno-płomienne wyznania znajomych z fejsa, nie możesz patrzeć na kolejne blogowe odsłony porad dotyczących tego dnia i obawiasz się, że półnagi bobas ze skrzydłami i łukiem strzeli Ci krwistoczerwoną strzałą prosto w twarz, kiedy tylko otworzysz lodówkę i marzysz o tym, żeby ten dzień był po prostu dniem jak każdy inny, to… potraktuj go dokładnie w ten sposób. Keep calm and skrolluj dalej. Nie czytaj, nie oglądaj, nie klikaj nic co mogłoby naruszyć twój spokój. Wyłącz internet. Zajmij się życiem. Żeby nie musieć czytać o Walentynkach, na początek warto samemu nic o nich nie pisać.

Osobiście do Walentynek nic nie mam. Nawet je lubię. Problem tylko w tym, że zawsze byłam romantyczna jak wiadro od mopa. Ty widzisz piękną scenerię, idealną wręcz dla zakochanych, para trzymająca się za ręce w blasku zachodzącego słońca, stojąca nad taflą jeziora, po którym majestatycznie przepływają dwa łabędzie. Ja myślę, że skoro wieczór i niedajboże lato, to tam MUSI być od groma komarów, a te łabędzie? Masakra. Tak brzuchami po lodowatej wodzie?

Także ten. Kochajcie się i róbcie co chcecie… czy coś. 

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ.

Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

Komentuj. Koniecznie daj znać, co o tym wszystkim myślisz.

Inline
Inline