Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Dlaczego nie chce mi się i co zrobię, żeby mi się chciało

Leżę na podłodze, dookoła biegają Twixy i jedyne co mam w głowie to: O jak mi się nie chce. Jak straszliwie mi się nie chce. Nic mi się nie chce w zasadzie. Nigdzie nie idę. Tak będę leżeć. I nie zrobię nic. A nie. Czekaj. Zapomniałam, że jestem Matką.

 

Rutyna.

Tak to nazwę na potrzeby tekstu. To właśnie ona lub coś równie przebiegłego podstępnie i niezauważalnie wkradło się do mojego życia powodując kilka bardzo nieprzyjemnych skutków ubocznych w postaci:

  • zmęczenie jakbym maraton przebiegła, albo dwa. Przebiegłam, ale jeden trzy miesiące temu, a drugi dziesięć, więc to chyba nie to
  • senność, ale taka non stop, bez względu na to, że spałam dziś jak dziecko (takie powyżej drugiego roku życia powiedzmy) i właśnie wypiłam pyszną, ciepłą kawę
  • znudzenie koniecznością powtarzania w kółko tych samych rzeczy.. Sen, śniadanie, zakupy, dzieci, obiad, bla bla bla i tak dzień w dzień.
  • brak cierpliwości do siebie, do dzieci, do konieczności powtarzania tych samych rzeczy ciągle i ciągle j.w.
  • drażliwość, a w tym płaczliwość, nerwowość, ograniczone poczucie humoru. NIE. Nie jestem w ciąży

Jest całe mnóstwo rzeczy, które powinnam lub chciałabym zrobić, ale nie mam na to ani siły, ani weny.

Pranie zdjęte z suszarki czeka na swoje pięć minut romansu z żelazkiem, które nie następuje już od tygodnia. Trening jakiś bym zrobiła, pobiegała, poćwiczyła, ale jak? Skoro na nic ciągle siły nie mam. Marazm Panie. Na całego. Nie wiem, czy tylko ja miewam takie etapy? Chcę wierzyć, że nie. Pewna mądra Matka powiedziała mi, że to TEŻ element macierzyństwa. Ma rację. Chcąc nie chcąc, chociaż zdecydowanie bardziej chcąc, dedykuję ten etap swojego życia opiece nad dziećmi, domem, kotami i mężem też czasem. To im się głównie poświęcam, chociaż nie lubię za bardzo wydźwięku, jakie to słowo niesie. Staram się pamiętać o sobie, robić coś dobrego dla siebie, dbać o swoje samopoczucie, bo doskonale wiem, jaki to ma wpływ na naszą rodzinę. Prawda jest jednak taka, że nie jest to proste zadanie i czasem łatwo się pogubić. Trudno znaleźć równowagę między tym co ważne dla Nich, a tym czego potrzebuję ja. Ostatnio chyba nie do końca mi to wychodzi. Myślałam na początku, że to Twixy mają gorszy okres, ale to chyba nie do końca prawda. Kiepsko u mnie z cierpliwością, sił jakby mniej i zajawy na cokolwiek. Fakt. Była jelitówka, dość upierdliwa. Fakt były wyjazdy, przyjazdy, pakowania, rozpakowywania, przemeblowania w chałupie itd. No ale bez przesady! Ludzie mają dużo poważniejsze problemy w życiu i jakoś tak wydaje mi się, że lepiej ogarniają. Nie stękają na każdym kroku, jak ja ostatnio.

Pisałam kiedyś w tekście „Szklanka do połowy…” o tym, że nie lubię marudzenia i użalania się nad sobą. Że nie będę wylewać swoich własnych żali, nie pokazując jednocześnie jasnych stron czy sposobu wyjścia z sytuacji, bo nie widzę w tym najmniejszego sensu. Często więc wydawać się może, że jestem zawsze w świetnej formie psychicznej i fizycznej. Nie jestem. O tym też pisałam. Nie raz z resztą. Bycie blogerką nie czyni mnie nadczłowiekiem. Nie sprawia, że jestem lepsza od kogokolwiek. Pod poprzednim moim tekstem pojawił się bardzo trafny komentarz, że WSZYSTKIE Matki mają podobne problemy. Bez względu na to, czy to blogerki, czy nie-blogerki. Zgadzam się w 100% .

Tak już mam, że nie lubię leżeć i stękać, chociaż czasem tylko tyle mi się chce. Chcę mieć więcej sił, chcę być wesoła, chcę pisać mniej lub bardziej błyskotliwe teksty, chcę mieć swój kawałek świata, taki tylko dla siebie, chcę chcieć. Dlatego dziś postanowiłam znowu go poszukać. Sposobu na walkę z rutyną.

Potrzebny jest plan:

  1. Hierarchia wartości. Muszę to jakoś sensownie poukładać. Zrobić listę rzeczy ważnych i ważniejszych. Zrobić porządek w głowie, albo w notatniku, albo w jednym i drugim. To akurat pomysł wspomnianej wcześniej Pewnej Mądrej Matki. Dobry jest. Podoba mi się.
  2. Co lubię w życiu robić? Cytując Laskę z Chłopaków, co podobno nie płaczą, odpowiem sobie na to zajebiście ważne pytanie, a potem zacznę to robić. Co w skrócie chyba oznacza powrót do regularnego biegania. Lubię to robić. O. I pisać też lubię. Muszę to zapamiętać. I jeszcze większa regularność. Tego mi trzeba. 
  3. Wyznaczam konkretny cel. Biorąc pod uwagę nadchodzący wrześniowy maraton myślę, że mogłabym to uznać za wystarczająco konkretny cel. Mam też dwie książki, które czytam od pół roku. Skończę je, zanim nadejdzie sierpień. To też już jakiś konkret.
  4. Im bardziej mi się nie chce, tym bardziej nie chce mi się. Bez sensu? Niekoniecznie. Im więcej rzeczy, które są tylko dla mnie, odpuszczam, bo zmęczenie, bo nie chce mi się, tym paradoksalnie bardziej czuję się zmęczona, a motywacja do czegokolwiek spada do zera. Bo skoro nie biegam, to diety też mi się nie chce trzymać, to pisać też nie będę, to posprzątam może jutro, bo dziś jestem przecież zmę…czo…na. Tak mijają wieczorne godziny na kanapie z nosem w fejsa wsadzonym.
  5. Najtrudniej jest zacząć. Wyszłam w końcu na ten trening. Pierwszy raz od dwóch tygodni. Przez pierwsze kilometry chciałam zejść z trasy i położyć się na trawie. Potem, stopniowo, zaczęło być coraz lepiej. Rozruszałam się. Poczułam wiatr w żaglach, a na koniec już czystą radość, że jednak zaczęłam, że warto było.
  6. Zawsze żałuję, że odpuściłam, ale nigdy nie żałuję, że jednak się do czegoś zmobilizowałam. Nie zdarzyło mi się po skończonym treningu żałować, że się ruszyłam mimo, że nie za bardzo mi się chciało. Nie przypominam siebie, żebym żałowała, że w końcu, po miesiącu, zrobiłam ten porządek w szafie, że wyszłam z domu sama ze sobą i dla siebie tylko wykonałam jakikolwiek wysiłek mimo, że tak straszliwego miałam lenia. Zawsze przychodzi satysfakcja, zawsze jest duma, zadowolenie i jakieś takie nowy siły w człowieka wstępują. 
  7. W zdrowym ciele zdrowy duch. Głowa głową. Motywacja motywacją, ale zdrowe silne ciało też ważna sprawa. Jakaś morfologia nie zaszkodzi. Wizyta u speca od babskich rejonów też przydatna rzecz, raz na jakiś czas. Jak już podejrzanie czas permanentnego marazmo-zmęczenia się wydłuża, a odwiedziny u lekarza wypadły jakoś ostatnio przed wojną, to można by też ewentualnie te wątki połączyć i się sprawdzić. Regularne badania okresowe trzeba robić i już, prawda?

 

Taki jest plan. Ty też możesz z niego skorzystać po to, żeby czuć się ze sobą dobrze. Wbrew pozorom to właśnie jest w życiu najważniejsze. Na drugim miejscu po kawie oczywiście. 

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline