Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Dwa lata temu

No i co ja mam powiedzieć. Jak to ubrać w słowa. Podsumować jakoś może. Jakieś wnioski wyciągnąć. No nie da się. Chyba się nie da. Wszystko co przychodzi mi do głowy brzmi jak frazes. Jak totalny banał.

 

Czasy nocnych pobudek na mleko już dawno za nami. Jak przez mgłę pamiętam tę chyboczącą się główkę jedną za drugą, pokrytą mięciutkim meszkiem jak brzoskwinia. Kiedy zamykam oczy, siedząc w ciszy, bo cały dom już śpi, wydaje mi się, że jestem w stanie wyobrazić sobie ten specyficzny, cudowny zapach. Tak charakterystyczny i nie dający się niczym zastąpić. Zapach bobasa świeżo wyklutego. Zapach ubranek, oliwki, kremu. Zapach niedojrzałego, ale tak cudownie doskonałego w swej niedoskonałości dziewiczego macierzyństwa. Uciekam w pamięci do tego czasu i czuję ten dreszcz emocji, lęk mieszający się z ciekawością. Co to będzie? Jak się zachowam? Jak będą wyglądały? Czy będę wiedziała co i jak robić? Jak to będzie, kiedy w końcu je poznam. Wracam myślami do tego co działo się dwa lata temu.

Dookoła noc.

Sąsiadki z łóżek obok też jeszcze nie śpią. Trudno spać w odgłosach szarżującego podwójnego KTG. Położne wymieniają się przy moim łóżku. Po chwili jedna przychodzi z kroplówką. Podłącza. Wychodzi. Po kroplówce znowu wędrówki położnych. Druga kroplówka. Rytuał ten sam. Zazwyczaj w nocy pozwalali spać. Dziś jakoś inaczej. W końcu pojawia się lekarz dyżurny. Oczywiście sprawa śmierdzi na kilometr, ale nie dopuszczam tego do siebie. Wołają mnie na badanie. Śmiesznie tak przejść w środku nocy ciemnym korytarzem te 30 metrów, po prawie tygodniu chodzenia jedynie do szpitalnej toalety. No ale idę no. Niby czuję, że wszystko będzie dobrze, ale widzę kiepsko skrywaną panikę na ich twarzach. Chcę coś powiedzieć, pocieszyć, żeby się nie martwili, że przecież wszystko będzie ok. Nie odzywam się. Czekam na USG. Badanie niby ok. Serca słychać. Młody tylko mniej ruchawy jakby. No pewnie, że tak. Przecież noc jest. Pan doktor niezbyt rozmowny. Wydaje mi się, że nie chce mnie denerwować, ale przecież ja się nie denerwuję.

Od paru dni kiepsko się czuję.

Jakoś tak słabo. Puchnę. Gorzej widzę. Niby bym ciągle spała, ale jakimś takim dziwnym półsnem. Goście przychodzą. Przynoszą gazetki, owoce, Przytulanki. Pytają jak się czuję. Kłamię, że dobrze, bo przecież to nieważne. Ważne, żeby jak najdłużej wytrzymać. To wszystko przez to moje cholerne ciśnienie. Czasem, leżąc w tym szpitalnym wyrku dopadają mnie myśli różne. Że może to moja wina. Że może coś powinnam była inaczej robić. Mniej się forsować. Więcej odpoczywać. Więcej pić. Więcej marchewki . A może właśnie więcej ruchu. Przeganiam te myśli w miarę możliwości. Przecież nic już nie mogę zrobić. Na nic już chyba nie mam wpływu. Leżę, jem co dają, piję dużo, siusiam na zawołanie i krew oddaję kiedy trzeba. Byle tylko wytrzymać jak najdłużej.

Wracam po nocnym USG do swojej Sali.

W głowie mam słowa lekarza. Wszystko ok. Niby. Ale trzeba czekać. No to czekam. Położne mówią, żeby na wszelki wypadek nic już nie jeść. Ale kto by chciał jeść o 3 w nocy? No właśnie. Ja już wiem co to znaczy. Do Ojca nie dzwonię. W końcu środek nocy. Poczekam na więcej konkretów.

Zegar tyka, KTG zasuwa.

Spać nie można, ale też się nie chce jakoś specjalnie. 6 rano. Coraz większy ruch słychać na korytarzu. Obchód. Lekarze mówią, że to może być nawet dzisiaj. Ja już od paru godzin wiem, czuję, że to będzie dzisiaj. Żadnych konkretów. Czekam na decyzję i ewentualne szczegóły. Nie denerwuję się. Czuję, że po prostu musi być dobrze. Stan w którym się znajduję zupełnie jednak odbiega od normy. Takie półtrwanie. Trochę jakbym się unosiła. Oddech ciężki. Patrzę na ludzi, ale ich nie widzę. Spokój. Tylko spokój. Musi być dobrze. Wytrzymaj.

Kiedy do Sali wchodzi moja pani doktor, puszczają wszystkie hamulce.

Chmura na której się unoszę opada. Ląduję tyłkiem na twardej ziemi. Maska, która trzymała moją twarz do kupy pęka. Łzy lecą jak grochy. Cudowna osoba. Troskliwa, opiekuńcza i profesjonalna. Wie, że jej ufam. Dlatego to właśnie ona przyszła mi powiedzieć. Że to już. Mój stan znacznie się pogarsza, więc nie mogą czekać. Do tego nie są pewni dlaczego Młody taki spokojny. Nie chcą ryzykować. Maksymalnie godzina, ale pewnie szybciej. Jeżeli Ojciec ma być ze mną, to niech już jedzie.

Piszę sms.

Jeśli zadzwonię do Niego w takim stanie to na bank dostanie zawału. Piszę, że zaraz do niego zadzwonię i wszystko mu wytłumaczę. Że jestem zaryczana, ale żeby się nie przestraszył, bo wszystko jest w porządku. Dzwonię. Mówię, jak jest. Pakuj się i w drogę. Jeśli prysznic, to naprawdę bardzo szybki.

Ojciec w drodze.

Ja zaczynam przedstawienie. Przynoszą mi specjalne mydło i ubranie. Pielęgniarka w zabiegowym wymienia mi wenflon i pomaga zdjąć kolczyki. W tym czasie dziewczyny z sali, kochane moje pakują mi torby. „Różaniec masz w tej kieszonce” . Cudowne współtowarzyszki tych ostatnich dni. Ojca nadal nie ma. Nie martwię się o dzieci. Ja wiem, że wszystko będzie dobrze. Ale już sobie ułożyłam w głowie, że pojedzie ze mną. Żeby tylko zdążył.

Przychodzą po mnie z wózkiem inwalidzkim.

Siadam. Ruszamy. Jest Ojciec. Zdążył. Jedziemy do windy. Jest godzina 9:20.

Zjeżdżamy na dół. Tam wszystko jak przez mgłę. Dużo zielonego i kolorowych czepków.

Siadam na zimnym stole. Coś mówią. O coś pytają. Dostaję zastrzyk. Leżę. Ojciec obok. Po chwili słyszę „Rodzi się pierwszy dzidziuś”. „Pośladkami się rodzi” Jak to?? Już?? To oni w ogóle zaczęli? Wiem, że to Ona. To Ona wypięła się na świat i wiem, że była niżej. Wtedy Ją słyszę i świat staje w miejscu.  Jest 9:50.

Nie mija minuta, słyszę drugi krzyk. Trochę mnie dziwi, że jest delikatniejszy, bardziej piskliwy. Nie wiem jeszcze, że szybko im się to odmieni. Jest i On. W całej okazałości. Jest 9:51.

Chciałabym móc opisać co się czuję w tym momencie. Jakie były moje myśli, kiedy pokazali mi je chwilę później po raz pierwszy. Ale nie umiem. No nie umiem kurde. Tego po prostu nie da się opisać.

Mijają już dwa lata.

Przede mną stają dwa prawie metrowe prawie przedszkolaki. Potrafią zażądać banana, kiwi, „dziem”, Peppę i mnóstwo innych rzeczy. Na widok nie takiego kawałka wędliny niezwykle wymownie i ostentacyjnie krzykną „Ble”. Potrafią zdjąć piżamę i prawie podciągnąć spodnie na tyłek. Potrafią już tyle rzeczy. Są doskonałe. Idealne. Są najwspanialsze na świecie. A ja nadal jestem tylko sobą. Ze swoimi wadami i zaletami. Ze swoim częstym brakiem cierpliwości. Z wrzaskiem, kiedy puszczą mi nerwy. Z wyrzutami sumienia, że może powinnam inaczej, lepiej, bardziej, że znowu dałam się podpuścić. Z przytulaniem i całowaniem w nie tak małe już stopy. Z turlaniem się po dywanie i mazaniem farbami po twarzy. Z chaosem i bałaganem w mieszkaniu. Z całą toną niepewności. Jak zrobić, żeby było dobrze? Czy na pewno będą szczęśliwe?

Mimo tego wszystkiego gdzieś tam w środku, wraz z wspomnieniem brzoskwiniowej główki tli się we mnie to samo przekonanie. To, którym ledwo przytomna i zmęczona, chciałam obdzielić pół oddziału patologii. Będzie dobrze. Musi. Ta przygoda dopiero się zaczyna.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała. Nie krępuj się. Możesz też udostępnić oraz skomentować.

Inline
Inline