Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Dżender-srender czyli niebieska sukienka

Każdy Bobas ma tę wspaniałą cechę, że można go ubrać w cokolwiek, a on nawet nie piśnie.

Nie powie „Maaamoooo! Nie założę tego!” „Mamoooo! Wyglądam w tym głupio!”. Daje to Rodzicom niesamowitą wolność wyboru coraz to bardziej żenujących przebrań (czym osobiście niezwykle się jaram 😀 ). Jako wielka fanka lumpeksów, już dawno zaopatrzyłam swoje dzieci w pajacyki-nietoperze, króliki, dynie, tygryski, pingwiny itp. Ponieważ jednak jestem wspaniałą Matką 😉 , te wspaniałe stroje służą głównie naszej wewnątrz-domowej uciesze. Wspaniałomyślnie nie wystawiam tak przebranych dzieci na widok publiczny. Próbowałam im kiedyś grozić, że jak obrzygają „wyjściowe” ubranko zanim przekroczymy próg domu, zostaną ubrane np. w karnego nietoperza. Szczerze mówiąc, niestety nic to nie dało, a moja wielka konsekwencja przegrała z jeszcze większą niechęcią do przebierania delikwentów po raz kolejny. Mam też wrażenie, że jakoś nie specjalnie skumały, co do nich mówię. Dziwne.

Tak czy siak, „karne” ubranka zostają w domu. Na specjalne okazje. Uwieczniane aparatem. Zdjęcia natomiast umieszczane są w domowej kolekcji. Czekając na wizytę pierwszej dziewczyny lub chłopaka. Albo na osiemnastkę. Albo na ślubny film niespodziankę, wyświetlany na weselu wszystkim gościom.

 

W kwestii ubierania dzieci mam jedną mikro obsesję.

Jako przyszła Matka Bliźniąt po otrzymaniu potwierdzonego info w postaci „chłopiec…ooo.. a tu jest dziewczynka”, postawiłam sobie maniakalnie (nie wiedzieć czemu) za cel, aby kwestia ich zróżnicowanej płci nigdy nie budziła wątpliwości. Rozpoczęłam hurtowe zakupy ciuchów i gadżetów w jedynych odtąd słusznych kolorach tj. różowym i niebieskim. Zaraz po wypakowaniu potomstwa, szybko okazało się, że nawet gdybym przemalowała jedną gondolę na niebiesko, a drugą na różowo, a dzieci wykąpała w farbie, kompletnie nic by to nie dało. Mimo iście „dżenderowych”(?) barw od stóp do głów, i tak najczęściej zadawane pytanie brzmiało „Chłopcy czy dziewczynki?”.

Pewnego dnia…

Wybieraliśmy się na akurat na szczepienie.
UWAGA! ALARM! TAK! SZCZEPIĘ SWOJE DZIECI!
Zajrzałam do szafy i pomyślałam… a niech to… niech stracę… ubiorę Córkę w (UWAGA)… NIEBIESKĄ sukienkę. W końcu to sukienka, co nie? Ale, że nie poczułam się aż takim twardzielem, dodałam do tego różowe leginsy… W sumie to nie miałam żadnych innych do wyboru, nawet jakbym chciała.
Na początku wszystko szło całkiem nieźle… W poczekalni usłyszeliśmy nawet „Ojej, to chłopiec i dziewczynka? Ale super!”. Mały sukces… Bez podpowiedzi! Chociaż to pewnie przez te leginsy. Niestety do szczepienia leginsy trzeba było zdjąć. Została już tylko niebieska sukienka.
Wchodzimy wszyscy do gabinetu, a tam pani pielęgniarka radośnie na nasz widok:

„O bliźnięta! Dwóch chłopców, tak?”

„No jak… przecież tutaj jest sukienka…” Odpowiadam.

„No ale… taka niebieska.”
Tyle było mojego liberalizmu w doborze kolorów.
Córko. Dopóki nie urosną Ci cycki, będziesz ubierana na różowo. Sorry.

 

Dżender-srender.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline