Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Jak to robi TwinMama: PIERWSZE TRZY MIESIĄCE Z BLIŹNIAKAMI

Nadszedł kres oczekiwań, niepewności, stresu, ekscytacji, zgagi, bezsenności, kopania w żebra po nocach, zadyszki przy każdym, najmniejszym nawet ruchu i ciśnienia w granicach 90/140. Bliźniaki meldują się na świecie. W zaledwie kilka chwil dotychczasowa rodzina podwaja swoją liczebność. Macierzyństwo czas start.

Pierwsze tygodnie określiłabym tytułem w stylu „Nieustanny sen przy dźwiękach laktatora”. Sen dzieci oczywiście. Nie potrzebna nam była żadna aplikacja, suszarka, ani szumiący miś. Większość snu umilał Twixom (i Ojcu zapewne również) dźwięk elektrycznej dojarki do Matki. Karmienie, przewijanie, odkładanie do łóżeczek, sen. Często zasypiały od razu, zwłaszcza na początku. Zdarzało się, że przez jakiś czas po prostu leżały i gapiły się w sufit, a czasem urządzały arie na dwa głosy, nie dając się specjalnie przekonać do tego, że może warto jednak się zdrzemnąć. To ostatnie na szczęście nie przytrafiało się zbyt często.

Karmienia odbywały się mniej więcej co trzy godziny. Początkowo nakarmienie dwójki zajmowało nam z Ojcem około dwie godziny. Pół godziny poświęcałam na motywowanie cycków do produkcji mleka systemem 7-5-3, czyli kolejno po 7, 5 i 3 minuty dojenia na każdą stronę. Jak nietrudno policzyć zajmowało mi to około 30 minut. Jak jeszcze łatwiej policzyć do następnego karmienia zostawało mi wspaniałe pół godziny wolnego czasu, który mogłam poświęcić na całe mnóstwo wspaniałych rzeczy, jak np. zjedzenie posiłku czy przereklamowany jednak mocno, zwłaszcza na początku macierzyństwa, sen. Stan taki nie trwał na szczęście długo i po około dwóch pierwszych tygodniach zdarzało mi się zaliczyć dwie godziny snu z rzędu. Dziwna sprawa z tym snem w ogóle. Nie pamiętam, żebym była niewyspana, a przecież 3-4 godziny snu na dobę dalekie są od jakiejkolwiek normy. Mój organizm funkcjonował jednak wtedy na takich dziwnych obrotach, że nie odczuwałam braku.

Pierwsze trzy miesiące to przede wszystkim jedna wielka organizacja i schemat. Tu nie ma czasu na improwizacje czy spontaniczne zmiany planów. Wszystko dostosowane jest pod rytm karmień i drzemek dzieci. Na szczęście Twixy w tym czasie rzeczywiście bardzo dużo spały. Na szczęście i nieszczęście. Do tej pory pamiętam stres związany z tym, że towarzystwo kompletnie w dupie ma pory karmienia i najchętniej, gdyby umiało, obróciłoby się na drugi bok, wypinając mikroskopijne cztery litery w kierunku nadchodzącego posiłku.

Od momentu powrotu Ojca do pracy, czyli kiedy Twixy skończyły dwa tygodnie, zostawałam z nimi sama na około osiem godzin. Oczywiście zdarzały się odwiedziny gości, ale w kwestii opieki zdana byłam w ciągu dnia głównie na siebie. Od początku więc starałam się odpowiednio logistycznie zaplanować dzień tak, aby przetrwać i zapewnić Twixom chociaż niezbędne minimum w postaci szamy i względnie czystego pampersa. W przerwy, w których Twixy spały, wplatałam w dowolnej kolejności przygotowywanie posiłków dla mnie i Ojca, względne ogarnianie chałupy, wyjście na spacer oraz swoje własne nicnierobienie. To ostatnie było najbardziej kluczowym, a jednocześnie najtrudniejszym z zadań do wykonania. Jak już kiedyś wspominałam nie należę do osób, które potrafią usiedzieć zbyt długo na tyłku. Do tego mam mentalność typowej Zosi Samosi. Lubię robić wszystko sama, po to żeby móc sobie udowodnić jaka jestem dzielna i co to nie ja, a do tego nigdy nie lubiłam i nie umiałam prosić o pomoc. Wspaniale? Czy te cechy pomogły mi w tych kluczowych pierwszych miesiącach? No raczej… że nie. Największą głupotą jaką niestety dość często zdarzało mi się robić, to porywać się z motyką na słońce. Wyglądało to tak, że planowałam sobie rzeczy do wykonania w ciągu dnia, a kiedy przychodził czas na mój odpoczynek, wpadałam na genialny pomysł nie „marnowania” tego czasu na coś tak absurdalnie bezużytecznego jak odpoczynek. Podejście takie zazwyczaj bardzo szybko mściło się na mnie nagłym napadem nieprzerwanej rozpaczy u Twixów lub inną nieprzewidzianą sytuacją. Po kilku większych kryzysach i dramagtycznych telefonach do Ojca, że przecież ja nie dam rady, że to niemożliwe, żeby ogarnąć dwójkę małych dzieci na raz, a w ogóle to kot po raz czterdziesty ósmy olał (dosłownie?) fakt posiadania kuwety, nauczyłam się, żeby nie rezygnować z możliwości posadzenia tyłka na kanapie chociażby na kwadrans. To była niezła lekcja pokory i zrozumienia tego, że nie zawsze trzeba być super, ah i oh. (No jak to??)

To trochę tak jak z biegami długodystansowymi. Każdy dzień, to był taki mały półmaraton. Starałam się zaplanować go tak, aby cały dystans pokonać możliwie najbardziej efektywnie. Oznaczało to nienarzucanie zbyt intensywnego tempa, żebym nie padła w połowie. Z drugiej strony zależało mi by ukończyć go na możliwie wysokim poziomie z życiówkami typu obiad, powieszone pranie, wywietrzone na spacerze dzieci i Matka z zachowanymi resztkami rozsądku. Pokora, planowanie i rozsądne gospodarowanie czasem były zdecydowanie kluczowe.

Nasze początki bywały trudne również z innego powodu. Był ktoś, kto zdecydowanie nie ułatwiał sprawy i chyba najbardziej wywracał moje codzienne funkcjonowanie do góry nogami. Nie wiem kto go wymyślił i po co, ale oprócz tego, że przynosi wiele wspaniałych momentów wzruszenia bez wyraźnej przyczyny, wnosi tez mnóstwo zamieszania w postaci napadów szału z powodu rozlanego mleka (dosłownie) i histerii nad tygodniowym przyrostem wagi dzieci mniejszym o trzy i pół grama w porównaniu do tygodnia poprzedniego. Nie wiem czy każdą młodą Matkę nawiedza. Mnie nawiedzał regularnie przez te pierwsze miesiące i o ile teraz wydaje mi się całkiem zabawne, takie nie do końca bycie sobą i nagłe zmiany nastrojów, tak wtedy, mimo pełnej świadomości jego obecności w moim życiu, niejednokrotnie nie byłam sobie w stanie z nim poradzić. No nie polubiliśmy się w każdym razie za bardzo. Baby blues. Ty chuju.

Organizacja, synchronizacja, rytuały, stałość, spokój. Te słowa słyszą regularnie chyba wszystkie przyszłe i świeżo upieczone Matki, nie tylko te podwójne. Są jednak takie momenty, kiedy ma się wrażenie, że jednak nie dam rady. No nie ma opcji. Przecież robię wszystko dobrze. Pilnuję organizacji. Staram się trzymać ustalonych zasad, a i tak mam wrażenie, że dookoła mnie panuje wieczny chaos. O tak. Chaos. Mimo pedantycznej wręcz dbałości o wypracowanie schematu, to słowo towarzyszyło mi na początku bardzo często. Przy malutkim dziecku, a zwłaszcza dwójce ciężko o prawdziwy schemat. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie i to, co działało przed wczoraj, dzisiaj kompletnie się nie sprawdzi. A jeżeli wydaje się, że coś sobie super wypracowaliśmy, pojutrze może wylecieć w kosmos. Czy to coś złego? Nie. Takie są początki. Tak to wygląda. Bywa różnie. Uczymy się dzieci, a dzieci uczą się nas i świata dookoła.

Średnio pamiętam już te pierwsze trzy miesiące. Z tego co słyszę od innych Mam, jest to dość popularne odczucie. Czy to źle? Czy to oznacza traumę do końca życia? Nie. Tak wygląda ten etap. Bywa trudny, wymagający i niejednokrotnie wyczerpujący psychicznie i fizycznie, ale to nie jest koniec świata. Planowałam czas z dnia na dzień, a w trudniejszych momentach z godziny na godzinę. To co pomagało mi przetrwać to myśl, że nic nie trwa wiecznie. Wszystko minie. Minie naprzemienny płacz z niewiadomego powodu. Miną nieprzespane noce. Minie ulewanie i przebieranie zarzyganych ubrań siedemnaście razy na dobę. Minie to, że teraz nie ma za bardzo mnie, bo wszystko skupia się na Nich. Nie myślałam o tym, kiedy znowu będę mogła wyjść z domu sama, albo będę miała chociaż chwilę dla siebie lub prześpię więcej niż trzy godziny pod rząd, bo wiedziałam, że wszystko minie. I minęło. Dużo szybciej niż mogłam się wtedy spodziewać.

Z perspektywy czasu etap, o którym dziś piszę podsumowałabym jako:

  • Jeden z bardziej (jeśli nie najbardziej) niesamowitych okresów w moim życiu. Pod wieloma względami 😉
  • Podążanie za dziećmi i ich potrzebami,
  • Pielęgnowanie każdej możliwej chwili na odpoczynek – na bycie perfekcyjną panią domu przyjdzie czas, jak dzieci podrosną i Matka ogarnie się trochę po ciąży, porodzie itd.
  • Jeżeli możesz poprosić i pomoc zrób to
  • Czas mija naprawdę szybko, wszystko się zmienia i każdy najtrudniejszy nawet moment nie będzie trwał wiecznie. Kiedyś w końcu się wyprowadzą z domu, co nie?
  • Nie panikuj. Spokój. Tylko spokój nas uratuje.
  • Pierwsze – „Nie porównuj”
  • Normalnie 

I tyle. Koko dżambo i do przodu. 

 

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

  • Oj,Zosiu Samosiu,przybij piątkę!Ja wprawdzie bez specjalnego proszenia mogę liczyć na pomoc mamy,ale uwielbiam te momenty,gdy sama jadę z trójką dzieci załatwić milion spraw i z uśmiechem na twarzy czuję na sobie pełne podziwu (i współczucia 😉) spojrzenia😉

  • postawę miałam podobną do twojej, wszystko-minie-full-freak-control, ale dopadła mnie pewna niemoc fizyczna i całe pierwsze pół roku było głównie walką o przetrwanie przy Twinsach, czułam się jak zadaniowy cyborg wyprasowany z macierzyńskich reklamowych uniesień i ciągnęłam ten wóz, bądź co bądź podwójny bez większej świadomości co się ku…a dzieje 🙂 pozdrawiam TwinMatki jesteście mocarzami 🙂

    • No tak. Czasami na konkretną fizyczną niemoc niewiele można poradzić.

  • Justyna

    Wszystko da się ogarnąć! My z półrocznymi bliźniaczkami polecieliśmy na Sycylię, później w plecaki i do Zakopca. Mąż mój szanowny bywał raz na dwa dni- taka praca, ja bez niań i babć, choć lekko nie było to wszystko się da, ale bez spiny. Teraz mają ponad 2 lata, chodzą do żłobka, a matka” na paznokcie”:)

    • Wspaniale! I takich historii nam trzeba 🙂

  • Pingback: Moje dziecko doprowadza mnie do szału | Twin Mama()

Inline
Inline