Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Jak to robi TwinMama: POŻEGNANIE SMOCZKA

Smoczek. Mały kawałek gumiastego tworzywa z elementami plastiku. Przez niektórych nigdy nie używany. Przez innych wyklęty, przeklęty i spędzający sen z powiek. Dosłownie. Dla jeszcze innych zapewnienie chwili spokoju, ciszy, ułatwienie życia z nieletnim potomkiem. Ilu Rodziców tyle opinii i historii związanych z tą magiczną zatyczką. Co dzieje się, kiedy pragniemy zakończyć naszą przygodę z Dydusiem, Nunusiem, czy innym Moniem?

NASZA HISTORIA

Smoczki towarzyszyły nam niemalże od początku. Nie zagłębiając się w szczegóły powiem tylko, że ratowały nam życie w sytuacjach kryzysowych i zdecydowanie pomagały wyciszyć towarzystwo. Ten typ tak miał. Mniej więcej w okolicach pierwszych urodzin smoczki służyły nam już tylko do spania nocnego i tego w dzień.

Oczywistą oczywistością jest, że prędzej czy później trza się będzie z tym ustrojstwem pożegnać. Przecie nie będą ciumkać do osiemnastki. Nie ukrywam, że nasza przygoda ze smoczkami była na tyle bezproblemowa, że długo nie potrafiłam w sobie znaleźć sensownego argumentu, że to już. Time to say goodbye. Ja. Ta, która zastanawiała się czy w ogóle szykować smoczki do wyprawki, bo przecież „Moje dzieci nie będą tego używały”. Życie zweryfikowało trochę moje podejście. Mimo wszystko ten smoczek w dziobie zawsze jakoś mnie drażnił. No bo jak młody człowiek ma cokolwiek powiedzieć czy przerzuć, skoro ciągle chodzi zatkany? Dlatego też doszło do eliminacji ciumkania dziennego. W nocy młodzież wspaniale radziła sobie sama. Nie było pobudek z powodu zaginionego smoczka. W późniejszym czasie poszukiwanie zatyczki po ciemku, w dowolnym kącie łóżeczka Twixy opanowały do perfekcji.

DECYZJA

Od zawsze w mojej głowie dziecko roczne, czy półtoraroczne nie potrzebuje już smoczka. O odruchu ssania przecież możemy już zapomnieć. To tylko kwestia wygody rodziców. Taa… No to ja też byłam taka właśnie wygodna. No, ale hej. One i tak zaraz pójdą do szkoły, zaczną pyskować, potem wyprowadzą się z domu. Czas tak szybko płynie, że na pewno nie muszę z niczym się spieszyć, prawda? Mijały tygodnie, miesiące, nastała jesień, a Twixy przekroczyły barierę 18 miesięcy. W mojej głowie pojawiła się wizja zasmoczkowanego dwulatka i z tym trzeba było już coś zrobić. Poza tym, co chyba najważniejsze, Twixy same zaczęły dawać znać, że Monio musi opuścić ich życie na zawsze, stosując go np. jako element zemsty za położenie do łóżeczka poprzez rzut zatyczką na odległość. Smoczek nie dawał już ukojenia, chyba że w formie wspomnianego wystrzału w dowolnym, byle jak najodleglejszym, kierunku. Decyzja została podjęta. Przystępujemy do działania.

WIRTUALNE SCHODY

No dobra może nie do końca takie wirtualne. Kiedy postanowiłam przystąpić do akcji „Pożegnanie smoczka” Twixy jak na złość zaczęły chorować. A to biegunki, a to gorączki dziwnego pochodzenia. Bujaliśmy się tak z krótkimi przerwami dobre dwa miesiące. Weź mu zabierz tego Dudusia, jak On tak leży taki biedny, obolały i rozpalony. No ni chuja. Były też wyjazdy do Dziadków, a przecież nie będziemy wprowadzać zmian na wyjeździe. Nie wszystko na raz. Itd. Itp. I tak walczyłam z tym moim niezdecydowaniem. Tymczasem nadeszły Święta. To był koniec. Obiecałam sobie, że teraz albo nigdy. Jeżeli nic niespodziewanego znowu nie wyskoczy, to Nowy Rok, będzie naszym punktem zwrotnym. Koniec i kropka.

WYBÓR METODY

Do wyboru teoretycznie było kilka opcji.

  1. Smoczki oddajemy „dzidziusiom” bo Wy jesteście już duzi – odpada w przypadku Twixów. Nie mamy do czynienia z żadnymi maluchami, więc obawiam się, że raczej by nie skumały.
  2. Tłumaczymy, że smoczki są fe, be i co tam jeszcze i razem rytualnie wyrzucamy smoczki do kosza – odpada. Twixy lubują się w wyrzucaniu śmieci co, owszem, bywa bardzo pomocne, ale potrafią też do kosza zanurkować i wydobyć np. wyrzuconą przed chwilą butelkę po soku, żeby sprawdzić czy na pewno nic nie zostało. Obawiam się, że przy tej metodzie mielibyśmy całonocny strajk okupacyjny pod zlewem. No nie. Podziękuję.
  3. Tajemnicze zaginięcie smoczków. Nie ma. Nigdzie. Diabeł ogonem nakrył i nie ma. Szczerze? Chyba by mi serce pękło. Już nam się zdarzyło takie przypadkowe zagubienie i ten smutek w oczach i płacz i o maj gad, szanujmy się. Nie ma mowy, żebym JA na to poszła. Miękki wafel ze mnie i trudno.
  4. Smoczek ble. Smarujemy smoczek czymś obrzydliwym powodując tym samym dobrowolną rezygnację. Pomysł może i dobry. Może warto wypróbować. Szczerze mówiąc nie wymyśliłam nic obrzydliwego, a jednocześnie niekoniecznie trującego, więc sobie odpuściłam. Przyznaję, nie myślałam zbyt długo. W takich kwestiach jestem raczej leniwa.
  5. Opcja ostatnia, która wydała mi się najbardziej rozsądna biorąc pod uwagę stopień Twixowej kumatości i moją odporność na ewentualne żale. Sposób na tzw. Nagłą katastrofę. Czy to będzie myszka, ptaszek lub jeden z domowych kotów, obojętnie. Któryś podstępnie zakradł się i odgryzł gumowy element smoczka. Nie znika więc on w magiczny sposób i trochę jest, a trochę jakby go nie było. Najbardziej czytelny i widoczny powód do odpuszczenia sobie tematu ciumkania.

PRZEBIEG AKCJI

Jest wieczór. 1 stycznia. Ojciec kąpie Twixy. Sięgam po nożyczki, biorę wdech, przełykam gula w gardle i jednym ruchem unieszkodliwiam gumowego przyjaciela. Koniec. Pępowina została odcięta. Nie ma odwrotu. Nagła dorosłość. Mój Boże teraz to naprawdę zaraz pójdą do szkoły.

Niczego nie spodziewający się Twix sięga na smoczkową półeczkę. Chwyta za cel i bum. Następuje konfrontacja. Młody generalnie ma minę w stylu „Hmm.. Nie działa? No trudno.” Odkłada na półkę wysłuchawszy bajki o nieznośnych myszkach pożeraczach smoczków. I tu w zasadzie kończy się historia odsmoczkowania Twixa numer jeden. Nie było żadnej, ale to absolutnie żadnej kontynuacji tej akcji. Dwa razy w nocy nastąpiła krótka pobudka i niewielki szloch, ale następstwem była dość konkretna dwójeczka co, biorąc pod uwagę dietę okołoświąteczną, mogło być efektem dziwnego jedzenia, a nie traumy z odstawienia.

W kwestii osoby córki sytuacja przebiegła odrobinę bardziej dramatycznie. Było spojrzenie pełne żalu, był mój ryk nędznie skrywany z wielkim wyrzutem, że jak ja mogę jej to robić, był również płacz córki i dokładne ocenianie ogromu zniszczeń. Było dużo przytulania, tłumaczenia, głaskania. Było odkładanie do łóżeczka i powracanie na kolejne chwile kojenia smutku. Całość trwała jakieś szalone 30 min. Potem nastąpił sen i pobudki na tulenie w liczbie 3 maksymalnie. Pobudka objawiała się płaczem, braniem na ręce, tuleniem. Po mniej więcej trzydziestu sekundach następował gest w stylu „Dobra Matka weź mnie już połóż” i sen. Drugi dzień nie przyniósł absolutnie żadnych wspomnień o stracie poza dwoma wieczornymi pobudkami podobnymi do opisanych wyżej.  

KOŁO RATUNKOWE

Żeby zagłuszyć tylko i wyłącznie swoje absurdalne wyrzuty sumienia postanowiłam zrekompensować Twixom pożegnanie ze smoczkiem poprzez zburzenie szczebelkowego muru i umożliwienie im samodzielne wchodzenie i wychodzenie z łóżeczka. Odwrócenie uwagi od rozstania na pewno mi się udało, a radocha z bezkarnego skakania po materacach była ogromna. Czy całościowo była to dobra decyzja? O tym za jakiś czas…

 

 

WNIOSKI

Tu nie napiszę absolutnie nic odkrywczego. Zdecydowana większość Rodziców, którzy opowiadali mi swoje historie pożegnań ze smoczkiem mówi dokładnie to samo. Największą trudnością w całym procesie jest odważenie się, podjęcie decyzji i przejście do działania, a dzieci, jak to dzieci, jak zwykle nas zaskakują. Jeżeli więc czujesz, że dalsza współpraca ze smoczkiem nie jest już pożądana, nie bój się. Działaj. Przy Twojej konsekwencji i cierpliwości to potrwa tylko chwilę.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała. Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

Inline
Inline