Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Kiedy byłam mała…

Kiedy byłam mała, Mama powiedziała mi, żeby nie jeść kiełbaski razem z mlekiem, bo one będą się w brzuszku biły. Dopiero gdzieś w okolicach liceum, prawdopodobnie na jednej z lekcji fizyki, których bardzo nie lubiłam, myśląc o zupełnie przypadkowych rzeczach, byleby tylko nie słuchać o wzorach, których i tak nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, uświadomiłam sobie, że wizja kiełbaski z szabelką w dłoni napierającej na falę mleka z groźnymi oczami i rozdziawioną, najeżoną ostrymi jak u rekina zębami, paszczą, była wizją nierealną. W tym dopiero momencie przyszło swego rodzaju olśnienie. Mamo! Jak mogłaś mnie tak oszukać?! Przecież kiełbaska nie ma rączek, a mleko zębów…

 

Kiedy byłam mała, pomimo wiary w wojnę „kiełbaski z mlekiem”, nie uwierzyłam, że jak połknę gumę do żucia, to mi się żołądek sklei. Nie wierzyłam też, że ze zjedzonej pestki wyrośnie drzewo. Bałam się tylko trochę tej przyklejonej skórki od pomidora czy jabłka, która mogła spowodować awarię górnego zaworu i haft na pół pokoju.

Kiedy byłam mała, wierzyłam w skorki wchodzące przez ucho i wyjadające mózg oraz bałam się strasznych historii, takich jak ta o trumnie na kółkach, która „przybywa by Cię zabić i już jest w Twoim kraju, już jest w Twoim mieście, już jest na Twojej ulicy…”. Nie do końca może wierzyłam w historie z wywoływaniem duchów, ale też niekoniecznie chciałam sprawdzać ich prawdziwość.

Kiedy byłam mała, zawsze wydawało mi się, że najfajniej będzie mieć szesnaście lat. To już na tyle dużo, żeby wyglądać jak wyciągnięte z filmów dla nastolatek dziewczyny, które zakochują się z wzajemnością w najfajniejszym chłopaku z całej szkoły. To już na tyle dużo, żeby w zwolnionym tempie, w towarzystwie spojrzeń zazdrosnych koleżanek, z rozwianym włosem, trzymając w rękach podręczniki i zeszyty w rozmiarze A4 przemierzać szkolny korytarz, by na końcu dotrzeć do metalowej szafki pełnej osobistych rzeczy, plakatów i zdjęć zrobionych polaroidem. Szafki, która na tamte czasy była jedynie marzeniem. Swoją drogą smutne było moje zderzenie z brutalną rzeczywistością, kiedy to okazało się, że gdy w ostatniej już klasie liceum, rzutem na taśmę, nasz rocznik doczekał się takich szafek, ze względu na przepisy przeciwpożarowe nie można było w nich trzymać nic oprócz odzieży wierzchniej. Ale jak to? A plakaty z Bravo Girl? Nie mówiąc już nawet o książkach, których nie musielibyśmy wtedy dźwigać w trzydziestokilogramowych torbach, plecakach, czy co tam się wtedy nosiło. Oświato! Tak niszczy się dziecięce marzenia! Bez względu na to, szesnaste urodziny w końcu nadeszły. Wydawać by się mogło, że wcześniejsze wyobrażenia nijak nie będą się miały do rzeczywistości, ale w tym wypadku było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Nie jestem tylko pewna zazdrosnych spojrzeń koleżanek. Fajnie było mieć szesnaście lat i jeszcze długo potem wydawało mi się, że właśnie tyle mam. Aż do momentu kiedy… A nie. Czekaj. No niech będzie. Biorąc pod uwagę, że szesnaście lat miałam przez jakieś dziesięć kolejnych lat swojego życia, mogę ewentualnie zgodzić się na to, że teraz mam dwadzieścia pięć. Nie wiem tylko, co na to moja Mama, bo ona ma nadal trzydzieści. Trzydzieści pięć góra.

Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie siebie maksymalnie do dwudziestego siódmego roku życia. Najpierw szkoła, potem studia, potem pewnie znajdę jakąś pracę. Męża ogarnę sobie w liceum. 27 lat. Dzieci. I wtedy to już chyba zacznę się starzeć. Dzieci pojawiły się w roku moich 30 urodzin, ale męża rzeczywiście „ogarnęłam sobie” w liceum.

Kiedy byłam mała, myślałam o sobie, że jestem niebrzydka, niegruba, niechuda też przesadnie, ale taka w sam raz, że dobrze się uczę, dobrze śpiewam i tańczę, umiem rysować. W zasadzie jeśli coś chciałabym zrobić, to mogę to zrobić, bo na pewno nieźle mi to wyjdzie. Jeśli jeszcze tego nie umiem, to się nauczę i po problemie. To nie jest tak, że byłam zadufana w sobie. Nigdy nie myślałam w kategoriach „co to nie ja”. To było takie typowo dziecięce pozbawione kompleksów i przesadnej analizy myślenie, że skoro Bóg obdarzył mnie dwiema rękami, nogami, głową i wszystkim innym, co działa bez zarzutów, to przecież nie ma najmniejszego problemu, żeby być kimkolwiek tylko chcę. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że największym problemem nie będzie stać się kimś, tylko wymyślić, kim chcę być „jak dorosnę”. Często mam wrażenie, że nadal nie wiem.

Kiedy byłam mała, lubiłam burzę, biegać po deszczu, biegać w ogóle. Lubiłam wyzwania, lubiłam się ścigać. Lubiłam poznawać i próbować nowych rzeczy. Lubiłam ubierać się jak królewna i tańczyć, ale też wkładać szorty, wspinać się po drzewach, zdzierać kolana na wrotkach i być najszybsza na osiedlu na rowerze. Lubiłam pomagać innym i dzielić się. Często zawijałam swoje zabawki w gazety i wręczałam je moim rodzicom. Lubiłam głośno się śmiać i płakać na smutnych filmach. ( Co z Wami nie tak ludzie Disney’a?!). Lubiłam wszystko co niezaplanowane i spontaniczne, ale potrafiłam i lubiłam też ciężko pracować, kiedy mi na czymś zależało. Nic z tego się nie zmieniło. Muszę tylko o tym pamiętać.

Kiedy byłam mała, patrzyłam na moje nauczycielki z podstawówki i myślałam sobie, że nigdy, ale to nigdy nie mogłabym pracować w tym zawodzie. To takie straszne patrzeć na dzieci, młodzież, studentów i być tym starym, zgrzybiałym belfrem. Przez to człowiek czuje się jeszcze bardziej stary niż jest! W tym wieku trzydziestu lat, które zapewne miały wszystkie te Panie. Jako pedagog specjalny, ciocia żłobkowa, pilot wycieczek szkolnych i nauczyciel angielskiego w przedszkolu, już wiem, że to dokładnie tak działa, ale tylko na Panie, które minęły się z powołaniem.

Kiedy byłam mała, podczas jednej z wizyt na cmentarzu u mojego dziadka, w końcu coś w mojej głowie zaświtało. Zaczęłam zadawać pytania. To był ten moment. Moment, w którym dowiedziałam się, co to jest śmierć i że każdy kiedyś umrze. „Ale tak każdy? Ja też?” Mój świat trochę jakby się wtedy skończył. Łzy popłynęły po policzku. Dramat. Jak żyć z taką wiedzą?! Po kilku chwilach jednak wzięłam się w garść. „A Zosia z bloku obok też kiedyś umrze?” „Tak, też.” „A. No to w porządku”. Tak umysł pięciolatki poradził sobie z czymś, z czym na co dzień nie mogą poradzić sobie niezliczone istnienia ludzkie. Nie ma za co.

Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że nigdy nie dorosnę. Że fizycznie zestarzeję się jak wszyscy, ale mentalnie zawsze będę dzieckiem. Nie mogłam wyobrazić sobie jak to jest być tym dorosłym, chodzić do pracy, wychowywać dzieci.

Kiedy byłam mała, myślałam, że bycie Mamą, tak jak bycie nauczycielem oznacza starość. To na szczęście największa bzdura z wszystkich moich dziecięcych wizji.

Teraz, kiedy jestem duża, nadal zastanawiam się kim zostanę jak dorosnę, uwielbiam działać bez planu i często się śmieję. Pamiętam czego się bałam jako dziecko, czego nie lubiłam, co uwielbiałam, jak wyobrażałam sobie świat. Moje marzenie o niedorastaniu w pewien sposób spełniło się. To dziecko cały czas gdzieś we mnie siedzi i myślę sobie, że właśnie dzięki temu mogę być lepszą Mamą, nauczycielką, a może i lepszym człowiekiem.

Dbaj o swoje wewnętrzne dziecko. Polecam. TwinMama.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline