Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Krótka historia pewnego karmienia

Jak co rano, w związku ze zbliżającą się porą karmienia zabrałam się za oporządzanie butelkowego sprzętu i przygotowywanie strawy. Jak co dzień również, jak ZAWSZE z resztą Twixy widząc to, rozdarły się niemiłosiernie, bo przecież nagle, tu i teraz, w tej chwili, dopadł je głód tak wielki, że ból i cierpienie rozrywa je od środka siłą zbliżoną do agonii obcinania paznokci, czy mycia paszczy po jedzeniu. Ryk więc niesamowity.

Zastanawiam się w takich momentach, czy sąsiedzi już wzywają służby specjalne, czy też jeszcze nie. Jeśli nie wzywają, to czy oznacza to totalne zobojętnienie na krzywdę małego dziecka EWIDENTNIE dziejącą się tuż obok, czy może biorąc pod uwagę liczbę wózków na klatce schodowej, z delikatnym westchnieniem i ulgą myślą „Jak dobrze, że to tym razem nie moje”.

Chcąc jak najszybciej zabezpieczyć swoje uszy i nerwy przed utratą zdrowia lub co najmniej cierpliwości zawężam ruchy i włączam drugi bieg, co by przyspieszyć proces przygotowywania posiłku i te niewdzięczne, rozdarte paszcze w końcu nakarmić i uciszyć. Kątem oka zerkam na kocie miski z jedzeniem i wodą, które stoją na szafce, wysoko na tyle by pełzająco/raczkujący osobnik nie mógł do niej sięgnąć. Miejsce to jednak uniemożliwia konsumpcję kotu. Wspaniałomyślnie postanawiam więc zestawić owe miski na podłogę, aby przez te 5 minut, kolejne stworzenia w moim domu nie umarły z głodu. W końcu i tak jestem „w pobliżu”. Tu okazuje się coś zupełnie i kompletnie niespodziewanego, że jeśli człowiek się spieszy, bo w tle wrzeszczą dwa potwory, to droga z butelką do paszczy nie powinna być przez żadną inną czynność zakłócona.Wielka kocia micha pełna wody, będąca w rzeczywistości naczyniem żaroodpornym z IKEA, w którym stały kwiaty na naszym ślubnym stole, na weselu (długa historia…), wyślizguje mi się z rąk i rozbija w drobiazgi na podłodze. Salon i kuchnię zalewa fala wielkości tsunami (co najmniej), niosąc ze sobą pierdyliard mikro odłamków ceramiko/szkło/żaroodpornego czegoś. Nie muszę dodawać, że Twixy nadal w histerii. W jeszcze głupszym (niż zestawianie misek kocich na podłogę właśnie w tym momencie) odruchu zaczynam zbierać kawałki naczynia OCZYWIŚCIE rozcinając sobie palec. Obrzygując lekko krwią otoczenie, pędzę do łazienki po kawałek zmiotki tudzież mopa. W międzyczasie resztka zdrowego rozsądku podpowiada mi, że jeśli jeszcze odrobinę dłużej potrwa wrzask towarzyszący mi od ostatnich kilkunastu minut, to ktoś na bank na tym ucierpi w taki, czy inny sposób. W związku z tym, oblepiwszy sobie palucha kawałkiem ręcznika kuchennego biorę się za karmienie.

Towarzystwo opróżnia butelki, a dookoła zapada błogi spokój. Wtedy to właśnie z sypialni wyłaniają się, po cichutku, prawie niepostrzeżenie, wszystkie (a jakże) trzy koty i powoli zmierzają (A JAKŻE) w kierunku kuchennego rozpierdolu. Ah cóż to, cóż to się tam stało? Chodźmy! Sprawdźmy! Może dadzą jeść? Przerażona wizją krwawiących kocich łap, odciśniętych w całym mieszkaniu, przerywam karmienie i rzucam się rozpaczliwie w kierunki kotów w celu ich przegonienia. Na szczęście Twixy są w miarę, wstępnie podżywione i ululane, więc nie podnoszą lamentu. Ja natomiast w swoim „heroizmie” zapominam o wszechobecnych skutkach fali powodziowej, ślizgam się na mokrej podłodze, z trudem ratując jeszcze nie do końca wyleczone po ciąży zęby i ląduję brodą w okolicach własnego kolana… lub pięty… lub jednego i drugiego. Kierując sążne „Kurwa!” do niewidzialnej siły, najwyraźniej występującej gdzieś w okolicach sufitu, pokonana przez chyba tylko własną głupotę, powracam do karmienia. Koty uratowane, dzieci nakarmione i na oko całkiem senne. Transportuję dzieci do łóżeczek z nadzieją na szybkie ich odpadnięcie. Zapada cisza. Wycofując się z sypialni zaczepiam (nadal nie wiem jak) o suszarkę z praniem i przewracam całą na podłogę z wielkim hukiem. I nie ma już spania… Jest radosne gaworzenie i wlepiające się w Matkę, pełne drwiny oczy… Jest powódź w kuchniosalonie… Są koty do nakarmienia i pranie na podłodze… Jest rozcięty palec… I jest Matka. Spełniona. Szczęśliwa. Przepełniona błogim spokojem. Bo przecież jeszcze tylko 7 godzin. Tylko 7 godzin i Stary wróci z roboty…

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline