Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Matka, która nie rodziła

Dziś taka dygresja luźna. Mała rozkmina. Nie, żeby było kontrowersyjnie. Nie, żeby się dobrze klikało. Prawda jest taka, że mnie to naprawdę zastanawia. Że niby jest jakiś konflikt. Że Matki się o to tłuką. Że lepiej tego tematu nie poruszać. Że bezpieczniej nie mówić nic. Refleksję jednak mam taką, że ja tych swoich dzieci nie urodziłam. Nie spędza mi to snu z powiek. Nie zastanawia jakoś strasznie. Zdanie to, samo w sobie, nie ma mieć żadnego wydźwięku, poza stwierdzeniem niezaprzeczalnego faktu. Przynajmniej według mojego rozumowania.

 

Twixy przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Niby planowane, ale ostatecznie trochę jednak nieplanowane. No i tu jest pierwszy punkt programu. One się urodziły. Bez dwóch zdań. Nie sfrunęły z niebios, nie wyłoniły z morskiej piany, ani nie zmaterializowały się w jakiś inny niestworzony sposób. No urodziły się jak nic. Nie pchały się przez miednicę co prawda, ale mimo to inaczej jak narodzinami nazwać tego nie potrafię.  

Punkt drugi to Matka. Ukrzyżowana na metalowym stole z wystającymi kablami tu i ówdzie. Ze sztabem ludzi biegających dookoła, zadających od czasu do czasu dziwne pytania. Jest Ojciec, nadzorujący zza lewego ucha Matki, co się dzieje. Jest Pan doktor, który ogłasza po zaskakująco krótkiej od momentu ułożenia mnie na stole chwili „Właśnie rodzi się pierwszy dzidziuś.” Jak to rodzi? Przecież dopiero mnie położyli! Tak już? Tak szybko? „Pośladkami się rodzi”. Ha! Córka. Na bank. Można się było tego spodziewać. W końcu była niżej i to właśnie Ona się tyłem do świata wypięła i zarządziła, że naturalny poród, to ja sobie mogę właśnie w tę część ciała, którą wystawiła, wsadzić. Chwilę później płacz. Pierwszy, wyczekany, najpiękniejszy, a za kolejną niepełną minutę znowu głos „Jest i drugi. Chłopak.” No raczej, że chłopak! I drugi płacz i trzeci od razu. Ten trzeci taki bezdźwięczny, dławiący, nie pozwalający oddychać, zamazujący widok, pełen uczuć, których nigdy wcześniej do tej pory nie było. I jeszcze szept prosto do ucha „Proszę oddychać spokojnie.” A. Tak. Oddychać. Dobrze. Spróbuję pamiętać. Chociaż nie jest zbyt łatwo z łzo-gilem zatykającym wszelkie otwory. Ale postaram się jednak. W sumie szkoda by było przestać oddychać w takim pięknym momencie. Nasłuchuję więc dalej. Przynoszą mi je. Widzę je po raz pierwszy. Są dwa. Bez jaj. Naprawdę są dwa. Jak wtedy, na pierwszym USG.  Nie mam pojęcia, co się dzieje ze mną w tym momencie. Coś tam pewnie gmerają, bo raczej mnie tak tu nie zostawią, ale kompletnie nic nie czuję i kompletnie się nad tym nie zastanawiam. Chwilę później Nowo Wyklute odjeżdżają gdzieś w asyście Ojca Świeżo Upieczonego, a mnie przewożą do pooperacyjnej.

To jest taki moment w życiu, którego nie da się tak naprawdę opisać. Można próbować, ale po co. Jest jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowy. Chyba każdy, kto go doświadcza, przeżywa go w ten niezwykle intensywny sposób. Ja też. Jakkolwiek jednak to zabrzmi, nie umiem powiedzieć, że urodziłam swoje dzieci. Z totalnie tylko i wyłącznie technicznego punktu widzenia, One wyszły ze mnie, ale ja w tym za bardzo nie uczestniczyłam. Nie wiem co to skurcze, nie wiem co to ból, nie wiem co to kilkugodzinne zmęczenie. Nie. Nie czuję się z tym źle. Nie czuję się też dobrze. Po prostu stwierdzam fakt. Nigdy nie ukrywałam, że chciałabym rodzić naturalnie. Żadne traumatyczne wspomnienia Matek tego nie zmienią. Chciałabym i już. Nie wyrzucam sobie jednak, że to się nie udało. Nie twierdzę, że jestem mniej Matką czy gorszą Matką. Co mnie najbardziej zastanawia to fakt, że w ogóle można w ten sposób o tym myśleć. Zdarzyło mi się kilka razy powiedzieć na głos, że nie urodziłam swoich dzieci. Spotkałam się z pocieszającymi spojrzeniami pełnymi zrozumienia i reakcją w stylu „No co Ty. Ale nie mów tak. Oj przestań.” Tak, jakbym wymagała wsparcia, podniesienia na duchu, żebym nie czuła się gorsza. Ale ja nie czuję się gorsza. Luźno stwierdzam, jak jest. Jak czuję. 

Podobno nie można o tym mówić, bo wybuchają wojny. Baby palą się nawzajem na stosach. Podobno są takie, co uważają, że Matki Cesarskie to mniej-Matki. Podobno są takie, co dumnie staja na barykadach i odpierają te bzdurne (no raczej) ataki, broniąc godności i krzycząc, że mimo cesarki też urodziły swoje dzieci i że durnotą jest uważać je za Matki gorszego sortu. Jest cała ta rywalizacja i niekończąca się polemika w temacie cesarek na życzenie, traumatycznych porodów naturalnych, zwolenników podążania za naturą i innych skrajności. Podobno kobiety się o to kłócą. Ja się pytam po co. Przecież to absurd, żeby droga, jaką przyszło na świat Twoje dziecko, miała cokolwiek wartościować. To dla mnie trochę jakby debatować o wyższości płacenia gotówką nad transakcjami kartą. Płacisz to płacisz. Na chuj drążyć temat?

Wszystko mi jedno, co inni uważają na temat porodu, rodzenia, urodzenia i tym podobnych. Średnio mnie obchodzi czy ktoś uważa, że rodziłam czy nie rodziłam, że miałam łatwiej, a może miałam trudniej, bo przecież rozpłatali mi bebechy na wylot prawie i trochę zajęło, zanim się na nowo skleiłam. Nie interesują mnie argumenty za, przeciw, obok, naokoło. Nie potrzebuję też jednak współczucia czy wsparcia kiedy mówię, że jestem Matką, która nie rodziła. 

Inline
Inline