Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Między idealizmem, a patologią na pokaz

Między idealizmem, a patologią na pokaz to być może opowieść o Tobie. Na pewno nie o mnie. Być może, wedle życzenia niektórych, powinnam zająć się własnym życiem, a nie ocenianiem innych. Być może. Nie byłoby wtedy jednak TwinMamy. Nic nie poradzę, że całe mnóstwo inspiracji przynoszą mi wszelkie kotłujące się i napierające na siebie nawzajem zbiorowiska ludzkie. Nie czepiając się już tylko i wyłącznie Rodziców. Żeby nie było.

Ja wiem, po to nam ten cały Internet, po to są forumki, grupy, blogi, czy chociażby osobiste statusy na fejsbuniu, żeby móc się dzielić, chwalić, afiszować, opowiadać, wywlekać wnętrzności publicznie. Byłoby co najmniej dziwne, gdybym nie dostrzegała tego, będąc jednocześnie blogerką.

Nie rozumiem tylko tego trendu na skrajność.

Można być Perfekcyjną Panią Domu, lajkować blogi z idealnymi obrazkami, komentować i udostępniać wpisy ułożonych idealnych Matek w dizajnerskich białych domkach z białą pościelą i kocykiem wysłanym w barterze, ze wzorkiem w piórka, wigwamy, flamingi, czy co tam jest aktualnie na topie. Można być wtedy super eko, super fit, super rodzicielstwo bliskości, super pro natura, super wege, gluten free, tylko na piersi do osiemnastki. Można znać się na wszystkim, wygłaszać pseudo-inteligentne, wydumane mądrości pełne patosu, a na spacerach unosić się dziesięć centymetrów nad ziemią z dumy nad własną zajebistością wraz ze swoim dzieckiem zamotanym w chustę z patentem „Najpszy Rodzic Ever” lub wożonym najnowszym modelem wózka marki „Eko-Hit-Blogerski-Pro-Wow”  Można. Oczywiście.

Można też tego wszystkiego nie robić.

Okazuje się jednak, że nie można być po środku. Wygląda na to, że każdy niełapiący się do grupy pierwszej, wspomnianych wyżej Matek Idealnych, z automatu trafia do watahy wojujących na barykadach anarchii, wznoszących sztandary patologii rebeliantów. Nie pozostaje wtedy nic innego niż nieustanna drwina z Matek bez skazy i ich wysprzątanych domków, drwina ze szczupłego i zadbanego ciała po ciąży. Nieustające podśmiechujki z antyszczepionkowców i wegetarian. Wtedy modnie jest zaczynać lub kończyć swój wpis tekstem w stylu „ale ze mnie zła matka” Bo dziecko było brudne, ale szczęśliwe, bo zjadło lizaka, a ma ma dopiero 8 miesięcy, bo do przedszkola, czy co gorsza, do żłobka potomka wysłano i to bez wyrzutów sumienia. Bo fotelik samochodowy przodem do kierunku jazdy przed trzecim rokiem życia, bo głowa bez czapeczki w upalny dzień, bo kolczyki w uszach u siedmiomiesięcznej kluski. Ale hardkor. Anarchia po całości.

A ja się pytam, gdzie się podział środek?

Czy teraz trzeba na siłę udowadniać wszystkim jakim to się jest super wyluzowanym (czytaj patologicznym) rodzicem, albo prowadzić prozdrowotne krucjaty zatruwając zwykłym ludziom życie widokami płatków owsianych na śniadanie ułożonych według odcienia, przeplecionych idealną mozaiką ze świeżych malin od rolnika i zalanych mlekiem kokosowym bio, wymieszanym z ziarenkami szałwii, które wypada teraz nazywać tylko i wyłącznie „chia?”. Czy koniecznie trza tak pikietować? Czy to jest kwestia kompleksów czy czego? Czy każdy chce błysnąć? Mieć swoje forumkowe pięć minut sławy? Bo ja jestem taka super fit, zdrowa, czysta i wyprasowana. A ja jestem taka zła matka, bo pozwalam dziecku w kaloszach po kałużach biegać – serio?

Czy są gdzieś jeszcze „normalne” Matki?

Zwyczajne? Takie, które lubią docenić ładne, zadbane wnętrze bez wbijania w ramy przesadnego idealizmu? Jednocześnie takie, które miewają bałagan w mieszkaniach, ale nie trąbią o tym na prawo i lewo, jakie to są hardkorowe, bo mają dziś w domu syf. Patrzcie, patrzcie, jaka jestem wyjątkowa!

Lubię porządek, lubię zgrabne ciało, lubię zdrowe jedzenie i cheat day od czasu do czasu. U nas rzadko jest „idealnie”. Nie znajdziesz więc tu perfidnie wciskanych idealnych obrazków wychuchanego zdrowego życia, ale nie będę też na siłę propagować wizji „złej Matki”, przesadnie epatującej swoim totalnie anarchistycznym podejściem do macierzyństwa. Nie jestem aniołem, ale nie jestem też rebelem. Nie jestem super szczupła czy wysportowana, nie zawsze trzymam dietę i nie zawsze idę na trening, ale nie będę też udowadniać, że spoko jest być trzydziestoletnią Matką z zapasionym leniwym tyłkiem, obdrapanymi paznokciami, dojadającą jedynie resztki po dzieciach, popijając to wiecznie zimną kawą, a wieczorem, na znak protestu przeciwko kultu fit, wcinającą pizzę, bo nie będzie mi tu Chodakowska kaloryferem świecić. Z resztą przecież ona nawet nie ma dzieci.

Ja jestem gdzieś po środku i strasznie drażnią mnie skrajności.

Jestem zwykłą sobą, zwykłą Matką. Chciałabym powiedzieć „Matka taka jak TY”, ale z marszu brzmi to jak slogan pierwszego lepszego bloga, a właśnie..

Bo te blogerki to już najgorsze! Co jedna to mądrzejsza. Każdej się wydaje, że taka zabawna, że taka wyjątkowa, że nikt jeszcze o tym nie pisał, że to takie innowatorskie, że merytorycznie tak wspaniałe, lub głębokie jak studnia u dziadka Pawła w ogrodzie. Nie ma nic bardziej irytującego niż Matka i blogerka w jednym, a w dodatku z przerostem ambicji i własnego ego, co nie? Także tego…

Kto to jest „zwykła Matka”?

Między idealizmem, a patologią na pokaz. Nie fit eko wariatka, nie terrorystka trendów w parentingu, ale też i nie przedstawicielka kultu #totalniezłamatka czy #chujowapanidomu, choć nie ukrywam, że oba potrafią czasem rozbawić do łez. Na potęgę posępnego czerepu! Musi być gdzieś jakiś środek, prawda? Ten z pozoru nudny, ale tak na prawdę bardzo różnorodny. Bez skrajności. Nurt #zwykłaMatka. Znacie?

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline