Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Do trzech razy sztuka, czyli mój Maraton Warszawski

Kiedy stajesz na starcie maratonu masz przed sobą niewielki wybór opcji poza „uda się lub się nie uda” Nie możesz już nic więcej wyćwiczyć, wytrenować. Nie możesz inaczej zjeść, czy inaczej się ubrać. Dis is it. Jedno na co masz jeszcze wpływ to Twoja głowa. Stety i niestety. Potrafi wspaniale pomóc, ale i wspaniale wysadzić cały Twój misterny plan w p… powietrze. Współpracownik trudny i kapryśny, jak nastolatka przed okresem. Do tego wrażliwiec i egocentryk. Wystarczy czasem chwila nieuwagi, żeby tryumfalny pęd po zwycięstwo nad samym sobą zamienić w smętne chlipanie nad bezsensem całej inicjatywy i agonalne próby ukończenia biegu. No i po co to? Na co to? Komu to potrzebne?

Godziny treningów w rozmaitych warunkach, dwa poprzednie maratony i poszczególne starty na krótszych dystansach pokazały mi, że to właśnie o głowę powinnam w tej chwili najbardziej zadbać i na niej skupić podczas wszystkich 42 kilometrów z haczykiem.

Ostatnie chwile przed godziną zero to „Sen o Warszawie” Czesława Niemena puszczony przez organizatorów z głośników na full. Dźwięki muzyki przygotowującej tysiące osób do walki z królewskim dystansem. Następnie cisza i start. Poszło. Ruszamy. Nie ma odwrotu.

Start – Pierwszych kilometrów za bardzo nie pamiętam. To etap na złapanie rytmu. Ustalenie ze sobą, że wszystko na pewno jest w porządku. Nic mnie nie obciera, nic mnie nie boli, słońce świeci, ale nie za mocno. Od razu przyjęłam strategię odliczania wstecznego. 42 kilometry brzmią strasznie. „Dopiero 2 kilometry za mną” też brzmi strasznie, ale jak sobie człowiek powie, że jeszcze tylko trzydzieści parę (nawet jeśli jest to 39,9 km) to od razu jakoś tak raźniej się robi. To był mój pierwszy plan, podstawowy plan. I tak sobie liczyłam. Jeszcze tylko 39, 38, 37… 25, 24… 12km itd.

10km – pierwszy zaplanowany punkt programu. Lubię dzielić sobie trasę na odcinki. Każdy  wyznaczany jest przez jakieś charakterystyczne warszawskie miejsce, punkt, w którym spodziewam się spotkać znajomych kibiców, czy jeden z kluczowych elementów na trasie, jak np. podbieg, połowa albo punkt odżywczy. Tu czekał Ojciec z Twixami. Po buziaku dla całej trójki. Pierwszy moment na wzruszenie i motywacyjny kop w tyłek. Bieg do miejsca, w którym umówisz się z kibicami ma tylko jeden mankament, na który trzeba się przygotować. Co będzie, jeśli ich tam nie będzie? Na szczęście byli.

13km – tu czekali kolejni kibice i niezawodny rowerowy towarzysz. Szybkie piątki i znowu zastrzyk optymizmu na dobre kilkanaście minut. Podczas takiego biegu to dużo. Bardzo.

14km – tu spotkała mnie miła niespodzianka, a takie potrafią rozruszać nawet na skraju wyczerpania (chociaż daleko mi było do tego 😉 ) Biegnę radośnie przez miasteczko Wilanów. Dookoła sporo kibiców. Nagle słyszę „Pani Asiu! Dawaj, dawaj!” Patrzę i nie wierzę. Osoba, która sama kiedyś przyznawała, że nie cierpi blokowania miasta podczas takich imprez. 😉 Nie dość, że dała się jakiś czas temu przekonać i sama poszła pobiegać, to jeszcze teraz widzę ją w pierwszym rzędzie kibiców zdzierającą gardło na maksa! Banan nie schodził mi z buzi przez kolejne kilometry. Swoją drogą jak ktoś z Warszawy, to mogę polecić z czystym sumieniem. Wspaniała Pani stomatolog. 🙂

18km – to jeden z punktów, o których myślałam od początku. Punkt kibicowania ekipy Wcześniaka. Fundacji, dla której prowadziłam zbiórkę w ramach akcji „Biegam dobrze”. To maluchom dedykowałam ten bieg. To w tym momencie przed oczami miałam znowu tycie stópki moich świeżo wyklutych dzieci. Rączki i nóżki delikatne tak bardzo, że bałam się, że połamią się od samego patrzenia na nie. 2200g i 2800g. Taka była ich waga w momencie narodzin. Nieporównywalnie większa do tej, z którą rodzą się niektóre wcześniaki. Nie da się o tym nie myśleć. Zwłaszcza w tym momencie. Weź tu jeszcze biegnij. I próbuj oddychać. Spokojnie. Przez łzy.

21km – Łazienki. Połowa. Moment podczas maratonu, w którym możesz sobie powiedzieć „Wow! Zostało mniej niż połowa!” Jest czymś niesamowitym. Gil w gardle, łzy w oczach, ciary wszędzie!

24km –  Czas na wyliczankę. Lubię wyliczanki. W przeciwieństwie do tego jak wyglądają moje treningi, na zawodach biegam bez muzyki. Podczas startu chcę maksymalnie wykluczyć czynniki tzw. wkurwogenne, czy też rozpraszająco-przeszkadzające. Myślę, że taki maraton to świetna okazja, żeby słuchawki zaczęły trzeszczeć, wypadać z uszu, czy po prostu zepsuły się. Już nie takie rzeczy przerabiałam, więc zazwyczaj biegnę w ciszy. W ciszy własnych myśli, sapania, rytmicznego dreptania i stękania swojego i współtowarzyszy tej ekscytującej przygody. Wyliczanki pomagają trzymać rytm i zająć czymś głowę. Jak w podstawówce rytmiczne klaskanie łączyło się z wierszykami typu „ene, dułe, rabe, połknął chińczyk żabę…”. Moje wyliczanki to uderzania stóp o asfalt z recytowaną w głowie mantrą dostosowaną do danego etapu biegu. Np. „Sie-dem-dwanaście-sie-dem-naście” I tak w kółko jako utrwalenie kilometrów na których planuję wszamać energetycznego żela lub „Jesz-cze-piętnaście-i-do-domu, jesz-cze-piętnaście-i-do-domu” (kilometrów oczywiście). Monotonne, nudne, zajmujące myśli, idealne. Tu wyliczanka przyszła z zewnątrz. Rytmicznie wykrzykiwana przez jednego z kibiców „zrobiła” mi bieg na kolejne parę ładnych kilometrów. „Każdy biegnie hyc, hyc, hyc. 42 przed nim, ale to nic!” Czyż nie wspaniała? A weź ją spróbuj wyrzucić z głowy. Nie dało się. Jeszcze długo potem.

25km – Most Świętokrzyski. Tu miała zacząć się walka. Od tego odcinka profil trasy przestał sprzyjać i zaczęły się pagórki i inne mini podbiegi, które na tym etapie przypominają bardziej Mount Everest. Na szczęście ogromne skupisko kibiców bardzo skutecznie odwróciło moją uwagę. Kilka pań, które na mój widok zaczęły skandować „Biegam dobrze! Biegam dobrze!” Numery startowe osób wspierających akcję miały inny kolor niż pozostałe, więc łatwo mnie było wyłapać kibicującym. Znowu łzy wzruszenia. No bo te wcześniaki… Znowu uśmiech na twarzy i już nie bałam się tak tych pagórków. Jakoś poszło.

28km – Wuja dopadł kryzys. Do tej pory biegliśmy razem. Przed startem obiecaliśmy sobie, że gdyby któreś zaczęło zwalniać, drugie biegnie dalej. Nie wiadomo co przyniosą kolejne kilometry. Jesteśmy amatorami. Nie do końca potrafimy przewidzieć jak zareagujemy na dalsze etapy. Każdy więc biegnie swoim tempem. Dopóki tempo jest wspólne, lecimy razem. W innym przypadku każdy swoje. W teorii brzmi super. Tylko kurde to ja miałam zostać w tyle! To nie ja miałam podejmować decyzję, żeby biec dalej! Nie tak to sobie wymyśliłam! Najgorzej… Wuj w dość konkretnych słowach przekazał naszemu rowerowemu towarzyszowi, że mam się oddalić i nie zawracać mu głowy (pozwolę sobie nie załączać cytatu.. 😀 Aj low ju Bro’!) Tak też zrobiłam co, jak wspólnie po wszystkim stwierdziliśmy, było najlepszą decyzją.

30km – Most Gdański. Biegłam tędy już dwa razy podczas innych imprez. Wiedziałam, że czeka mnie podbieg. Wiedziałam, że będę zmęczona. Czekałam na ten moment, aż będę mogła sobie powiedzieć, że najgorsze już za mną. Było ciężko, ale nie aż tak jak myślałam. Była Pani kibicująca tylko kobietom i krzycząca min. „Brawo dziewczyny! Ślicznie wyglądacie!”. Uff… Całe szczęście. 😉

33km – Nie przestaną mnie fascynować osoby, które biegnąc maraton na takim etapie swobodnie rozmawiają sobie przez telefon. Drobna dziewczyna, wysportowana, spokojnie tłumacząca komuś jak dojechać skądś, gdzieś, szczegółowo analizująca czas przejazdu, poszczególne przystanki itd. Nie muszę dodawać, że jak tylko skończyła, to wycięła dzidę taką, że już jej nie widziałam… Jak oni to robią?!

34km – Kolejny moment na kalkulacje i wyliczanki, żeby zająć głowę. 8 km do końca, ale na 38km  spodziewałam się kolejnych kibiców. Od teraz klepałam więc w myślach równo z każdym krokiem „Jesz-cze-cztery-i-ki-bice, jesz-cze-cztery-i-ki-bice” Cztery brzmi zdecydowanie lepiej niż osiem. 

35km – ” Sie-dem-robię-na-śnia-danie, sie-dem-robię-na-śnia-danie…” To tekst, który sprzedał mi Brat przed pierwszym maratonem. Jego samego uratował on na 35 kilometrze maratońskiego debiutu. Do mety zostało siedem kilometrów. Tyle to pikuś podczas standardowych treningów.

38km –  w sumie już sporo za oznaczeniem 38km. Przy trasie nadal nikogo nie ma. Pomyślałam, że pewnie już odpuścili, bo ile można czekać. No trudno! I tak jestem już blisko mety. Nagle ktoś się jednak zaczął w oddali wyłaniać. No i są. Widzę ich. Jeden duży i dwóch małych. Chociaż nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej na żywo, to przecie Ojca z bliźniakami na kilometr poznam, co nie? Zajarałam się jak Most Łazienkowski, że jednak im się chciało stać i czekać. Dzięki chłopaki!

40 km – To co czuje człowiek widząc oznaczenie kilometra z czwórką z przodu jest nie do opisania. Chociaż nogami przebieram siłą woli już chyba tylko, a  plecy nie dają żyć od mniej więcej godziny, to to jest taki moment, że już wiesz, że nic Cię nie powstrzyma. Choćbym miała tyłem iść albo na rękach dotrę tam! Meta jest moja! Już teraz musi być!

Do mety – Ostatnie metry znowu jak prze mgłę. Emocje były niesamowite. Nie wiem jakim cudem udało mi się usłyszeć wśród kibiców i muzyki zasuwającej z głośników Ojca, wrzeszczącego w moją stronę „Dawaj Matka!”. Zobaczyłam te moje dwa Twixy z nogami dyndającymi nad barierką. Ojca umęczonego dźwiganiem wyrywających się dwunastokilogramowych klocków przez, jak się potem dowiedziałam, około pół godziny. Niewiele myśląc podbiegłam do nich, przechwyciłam towarzystwo i już bardziej marszem niż biegiem przekroczyłam metę. Ja – Matka i moje dzieci. Symbol mojej siły. Symbol mojego celu. Dla Wcześniaka. Dla wszystkich, którzy nie wierzą, że się da. Dla siebie, żebym pamiętała, że mogę wszystko.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała. Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

 

Inline
Inline