Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

OCZEKIWANIA VS RZECZYWISTOŚĆ: Starzy na wyjazdowym

Starzy na wyjazdowym. To był pomysł Ojca. Trzeba to powiedzieć od razu. Czy to z tęsknoty za wakacjami, czy skuszony wizją przedświątecznych zakupów w Primarku, czy po prostu z potrzeby urwania się z domu bez dzieci. Rzucił hasło. Jedziemy do Berlina. Na weekend. Bez Twixów. Pierwszy raz we dwoje na tak długo odkąd Twixy są na  świecie. Wspaniale ? Jeszcze nie wiem, ale lec du dis.

Względnie zgrabnie udało się też Ojcu przekonać Wuja i Ciocię do przechwycenia potomków na te 48h. (Nie wiem co Wam obiecał, ale umówmy się, że chyba nie chcę wiedzieć 😀 ). Rzutem na taśmę domeldowaliśmy do projektu dwójkę sprawdzonych już w przeszłości współpodróżników zwanych pieszczotliwie Wicherkami – kto chce może spróbować odgadnąć czemu akurat tak, ale wątpię żeby się udało. Data ustalona. Godzina wyjazdu umówiona. Pakowanie. Kanapki. Jajka na twardo i w drogę. Czas rozpędzić tę karuzelę hecy i nakręcić spiralę dzikiej, bezdzietnej beztroski. Będzie się działo.

STARZY

W podróży

OCZEKIWANIA

Wspominając szalone, młodzieńcze lata wycieczek szkolnych, spontanicznych studenckich wakacji, czy chociażby weekendowych wypadów na działkę, spodziewać by się można, że zerwane ze smyczy towarzystwo tuż po załadowaniu do pojazdu wiozącego, natychmiast odepnie wrotki wraz z dźwiękiem otwieranego browara czy muzyką zasuwającą z głośnika ile fabryka dała.

RZECZYWISTOŚĆ

Otóż nie. Przy romantycznym plumkaniu Eda Sheerana podjechaliśmy  jedynie po kawę pod złote łuki i we względnej ciszy, przeplatanej kilkoma żywszymi dyskusjami na temat planu zwiedzania i niezbyt działającego dżipiesa, przejechaliśmy całą trasę aż pod miejsce noclegu we względnym centrum Berlina. Była godzina mniej więcej 11.

Na miejscu

OCZEKIWANIA

Plan był raczej otwarty. Wyluzować się. Trochę pozwiedzać. Pójść na jarmark świąteczny. Łyknąć grzanego wina. Zjeść kiełbę. No dobra. Primark. Zdecydowanie był na liście. #ktobyłtenzrozumie. Generalnie chcieliśmy spędzić miło czas w przedświątecznej atmosferze, w mieście w którym żadne z nas wcześniej nie było. Wicherki miały na swojej liście TO DO kilka punktów. My też kilka do odhaczenia. Na miejscu chcieliśmy to na spokojnie wszystko poskładać do kupy i zobaczyć co nam się uda zrobić. Dodatkowym bonusem, na myśl o którym cieplutko na sercu zrobi się większości rodziców małych dzieci, mieliśmy plan na wyspanie się. Łóżko. Świeżutka hotelowa pościel. Intensywne chrapanie do granicy potrzeb, a nie do momentu przeciągłego „ Mama! Mama! Mama! Mama!” przeplatanego z „Am! Am! Am! Am!” po drugiej stronie sypialni. Plan bajka. Nie może się nie udać. Chyba że…

RZECZYWISTOŚĆ

Chyba, że do kupy zbierze się czworo TZJŚŚ (turystyczno-zakupowo-jarmarczno-świątecznych-świrów). Zaczęliśmy względnie spokojnie. Zakupy, jarmark, winko, kiełba. Wszystko w jednym miejscu. Idealnie. Potem przyszedł moment na „No dobra, to co dalej?” i tu rzeczywiście odpięliśmy wrotki… Marszowo-turystycznego szaleństwa. Byliśmy wszędzie. Jedliśmy wszystko. Pierwszego dnia, według mądrej aplikacji przeszliśmy 22 kilometry i pokonaliśmy równowartość 30 pięter. Ktokolwiek zaliczył metro w Berlinie zrozumie skąd wzięły się te piętra. Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie wszystkich pijanych architektów maczających palce w tym szaleństwie. Boga w sercu to Wy nie mieliście.

Do hotelu dotarliśmy około 23:30. Zmordowani jak koń po westernie. Z obolałymi nogami, które już dawno wlazły wszystkim w poślad. Teraz wystarczyło już tylko hopsnąć do upragnionego wyra. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. Gdyby ktoś kiedyś próbował umówić się ze znajomym na piwo. Najlepiej z kimś, kto mieszka dwie stacje metra od Ciebie, to zapewniam, że dużo bardziej prawdopodobne będzie spotkać się z tym kimś w centrum Berlina, spontanicznie, w środku nocy, bo tak. Bo skoro ten ktoś już dzwoni. Skoro już jest okazja. To czemu nie? W końcu sen jest dla frajerów. Czy coś.

Do hotelu po raz drugi trafiliśmy przed 3:00. O wyspaniu się już dawno nie było mowy. Biorąc pod uwagę stan naszych organizmów potrzebowalibyśmy czasu do wtorku. Co najmniej. Zmartwychwstaliśmy z trudem około 10:00 aby na spokojnie przeżyć drugi dzień naszej upragnionej wolności. Miało już nie być wina. Miało nie być siedemnastu jarmarków świątecznych i 20 kilometrów z buta. No i nie było. Wina. Wszystko inne powtórzyliśmy z niemal identyczną intensywnością. Był budynek Reichstagu, Brama Brandenburska, Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, Checkpoint Charlie, pozostałość po Murze Berlińskim w kilku różnych miejscach, place, kebab i jeszcze więcej jarmarków. Mimo wysiłku włożonego w całe to przedsięwzięcie, emocji było tyle, że żadne z nas nie straciło przytomności nawet na chwilę przez całą drogę powrotną do Warszawy. W sumie Ojcu najbardziej się to chwali. W końcu był kierowcą.

IMG_1159

Image-1

IMG_1164

Image-12

3

FullSizeRender

IMG_1152

Podsumowując wyjazd, ujęłabym go w około 40 kilometrach marszu, 30 piętrach, 5 litrach wina, 6 szotach rozchodniaczkach, 8 kebabach, 7 wurstach pod różną postacią, 30 kubkach kawy, 7 jajkach na twardo, 12 placach o kompletnie niezrozumiałych dla nas nazwach, 8 jarmarkach, 1 znajomym z Londynu, spotkanym spontanicznie pierwszy raz od 6 lat, 2 znajomych spotkanych równie spontanicznie, na co dzień mieszkających dzielnicę obok, 183 bolących mięśniach i względnie luksusowych 7 godzinach snu.

DZIECI

OCZEKIWANIA

Wyruszając w taką podróż rodzic dwójki niespełna dwuletnich Twixów ma w głowie różne myśli. Jak się obudzą, a nas nie będzie to pewnie się przestraszą. Biorąc pod uwagę ich ostatni etap, pewnie nie będą chciały nic jeść. Żeby tylko w miarę piły, bo z tym też ciężko. Żeby tylko Wuj z Ciocią dali radę, bo noce bywają kiepskie ostatnio, a w dzień też nie nadrobią za bardzo. Mam nadzieję, że żołądkowe historie też nie powrócą, bo ostatnio non stop coś. No i w ogóle jakoś tak, żeby Twixom smutno nie było. Wiadomo, że Wuj i Ciocia najlepsi na świecie, ale Starzy to jednak Starzy.

RECZYWISTOŚĆ

Twixy obudziły się pierwszego dnia o 9. Tak. Dziewiątej. Nie pamiętam kiedy ostatnio wstały o tej godzinie. Miny ich po przebudzeniu wyrażały coś pomiędzy „A. To Ty. No spoko. Obleci.”, a „Mam nadzieję, że masz jedzenie.” Potem przyszedł czas na sobotnie śniadanie, które zakończyło się mniej więcej niedzielną kolacją. Generalnie gastrofaza w Twixach wystąpiła tak silna, że Wuj z Ciotką musieli po kątach kitrać się z jedzeniem, żeby w ogóle coś dla nich zostało. Czas spędzony poza fotelikami do karmienia, nie licząc momentów poświęconych na sen podobno można by zsumować w max 1,5 godziny przez cały weekend. Do tego dodajmy totalny szał zabawowy, biegi, skoki, tańce i radosny rechot. Tylko wspomnę o drzemkach w dzień po bite dwie godziny i pobudce niedzielnej, o godzinie, uwaga, Helena mam zawał, DZIESIĄTEJ z minutami. No jak można???

Podsumowując relację Wuja, Twixy ewidentnie podeszły do planu porzucenia przez Starych na weekend w sposób „Wspaniale. W końcu będzie można się wyspać i najeść.”

Gdyby więc ktoś zapytał, czy moje oczekiwania względem bezdzietnego weekendu pokryły się z rzeczywistością, odpowiedziałabym, że absolutnie nie. I dobrze. I wspaniale. I oby częściej.

Z tego miejsca największe pozdro i dankeszyneczki dla Wicherków za wspaniały weekend i dla Wuja z Ciocią za umożliwienie go nam. No dobra. I pozdro dla Ojca. Za pomysł. Matki! Słuchajcie czasem mężów. Czasem wpadają na niegłupie plany. Czasem.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała. Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

Inline
Inline