Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Piękna, zgrabna i powabna? To o mnie!

Większość ludzi ma kompleksy. Mniejsze lub większe. Coś takiego w sobie, co gdyby tylko mogli użyć czarodziejskiej różdżki, zmieniliby natychmiast. Chyba nie znam nikogo, kto nie miałby sobie nic do zarzucenia pod względem wyglądu. A może by to, a może by tamto, a gdyby tak minimalnie tu, gdyby nie to, to było by super. Zaczyna się od małej myśli, że gdyby nosek odrobinę krótszy, pupa bardziej zgrabna albo może stopy nie takie płaskie i szerokie.

 

Wystarczy odrobina nieuwagi i kończysz, jako zakompleksiony i zniechęcony, z brakiem wiary we własne działania, smutas.

Wyrzucasz sobie, że jesteś grubasem, leniuchem, że znowu pizza i czipsy, że znowu nie poszedłeś biegać od czterech lat. Trochę smutno. Trochę marazm. Mikro lub całkiem spory nawet wyrzut sumienia klepie Cię po ramieniu mówiąc „Niektórzy to się nigdy nie zmienią, co?” Jaka jest najszybsza i najprostsza metoda, żeby poprawić sobie nastrój ? Browarek? Winko? Ciacho? A może właśnie pizza, od której się wszystko zaczęło. Dzisiaj już i tak zjadłeś tego pączka, więc nie ma sensu iść na rower, pobiegać, czy chociażby ruszyć tyłek do najbliższego Pokestopu i poszukać Pikachu w krzakach. Dzisiejszy dzień i tak stracony. To może zacznę od jutra, albo od poniedziałku.

W swoim życiu przeszłam przez różne, nazwijmy to delikatnie i bardzo ogólnie, głupie diety. Oprócz kolejnych porażek dorobiłam się na swoim koncie ładnych kilku nadprogramowych kilogramów i furmanki dodatkowych kompleksów. Bo ja nie umiem się zmienić. Bo nie wyglądam tak, jakbym chciała. Bo inni potrafią się zebrać w sobie, a ja nie. Bo niektórzy potrafią być konsekwentni, a u mnie zawsze tylko słomiany zapał. Bo co bym nie robiła zawsze będę miała łydki większe niż pierwszy lepszy koksu z siłowni udo. Pozdro dla koksów. Nic do Was nie mam. Przykład był mi tylko potrzebny. W efekcie tak banalna i nieistotna w skali całego życia sprawa, jak własny wygląd potrafi skutecznie odciąć Cię od jakichkolwiek źródeł motywacji do zrobienia czegokolwiek wartościowego. No bo skoro głupi baton jest w stanie mnie pokonać, to nie ma co się nawet zbliżać do próby wynalezienia leku na raka, czy chociażby wymyślenia Facebooka. Przesadzam? Chyba nie.

Samoakceptacja, wiara we własne możliwości, umiejętność dążenia do celu. To wszystko wydaje się być jednak odrobinkę powiązane.

Pozwolę sobie teraz na drobną dawkę Pałlo TwinMama Koelio i zaryzykuję twierdzenia, które zdecydowanie sprawdzają się w moim przypadku i których wprowadzenie w życie polecam każdemu poszukującemu pomysłu na zmianę, na zrobienie czegoś wspaniałego dla siebie:

  • Nie można być szczęśliwym, jeśli się siebie nie lubi. Z takiego czy innego powodu.
  • Nie można odnieść w życiu sukcesu, jeśli się siebie nie akceptuje. Na takim czy innym polu.
  • Nie da się rady ruszyć z miejsca, jeśli przede wszystkim jest się swoim własnym wrogiem numer jeden.
  • Lubiąc i akceptując siebie – tylko wtedy można odnieść sukces.
  • Nic nie zmienisz dołując się i obwiniając wiecznie o porażki.

Wydrukuj. Powieś na lodówce. Powtarzaj 3 razy dziennie. Albo nie. Ale pomyśl o tym chociaż przez chwilę. Może i dla Ciebie ma to jednak sens? Chociaż odrobinę?

image

Jakiś czas temu wrzuciłam na Instagram zdjęcie mojego leżącego na trawie brzucha. Pojawiły się bardzo miłe komentarze, na które oczywiście natychmiast chciałam odpisać coś w stylu: „To tylko taka perspektywa.” „Tak tylko na zdjęciu wyszło.” „Wygląda na płaski, bo leżę.” Tak sobie teraz myślę, że jest całe mnóstwo brzuchów na świecie, których mogłabym zazdrościć. Jest też dużo pracy, którą mogłabym wykonać, żeby poprawić jego wygląd. Samym porównywaniem się do tych „bardziej idealnych” niczego nie zmienię, oprócz zrzucenia poziomu mojej samooceny gdzieś w okolice poziomu minus czterdzieści pięć. I po co? A co z tymi, dla których to mój brzuch jest powodem do tęsknych westchnień? Tak narzekasz na swoje ciało, a wiesz ile osób na świcie może Ci go zazdrościć? No, no. Tylko obiektywnie. Bez kokieterii.

Jeżeli czujesz potrzebę zmiany popracuj nad nią, ale zacznij od polubienia siebie. Może okazać się wtedy, że nie masz aż tak dużo roboty, że nie jest tak strasznie, jak się wydawało na początku.

Na jedno tylko nigdy się nie zgodzę i jednemu nigdy nie będę przyklaskiwać. Jeżeli czyjeś ciało i jego masa powodują problemy ze zdrowiem, nie powinno się akceptować takiego stanu rzeczy.

Zauważyłam pewien trend na promowanie akceptowania swojego ciała „pomimo wszystko”. W kwestii wagi oczywiście. Widzimy chorobliwie otyłe baletnice, ultramaratończyków, czy tancerki na rurce wyginające się z gracją, o której niejedna supermodelka mogłaby jedynie pomarzyć. I super. Super, że robią coś ze sobą. Super, że nie leżą na kanapie. Super, że mają pasję. Natomiast nie jest super, że ich ciało nie jest zdrowe. Nie jest super, że mają nam rzekomo pokazać, że można być sportowcem, czy artystą i być otyłym. To nigdy nie powinno być pokazywane jako stan akceptowalny.

Nie każdy musi mieć kaloryfer, ale każdy powinien dążyć do tego, żeby być zdrowym.

Promowaniu anorektycznej chudości mówię stanowcze nie. Promowaniu akceptowania otyłości mówię równie stanowcze wypierdalaj. Walczmy z chorobliwymi skrajnościami. Nie dawajmy przyzwolenia na robienie krzywdy swojemu zdrowiu. Podejrzewam, że wiele osób uprawiających mniej lub bardziej amatorsko sport pali papierosy, czy okazjonalnie (nazwijmy to 😉 ) nadużywa alkoholu. Zupełnie jednak oczywiste jest, że nikt nie będzie promował np. palenia wśród biegaczy. „Hej, zobaczcie! Palę dwie paczki dziennie i biegam maratony! Chcieć to móc! Pokochaj siebie takim, jakim jesteś”. No chyba nie… Oczywiście to Twój wybór, jeśli jesteś taką osobą, ale nie dostaniesz ode mnie za to lajeczka i nie postawię Cię jako wzór do naśladowania moim dzieciom. Tak samo działa na mnie wizja przedstawionego w ten sposób maratończyka o wadze znacznie przekraczającej granice „kilku nadprogramowych kilogramów”.

Zdrowie. Zdrowie przede wszystkim. Akceptacja siebie – TAK. Akceptacja chorobliwego stanu rzeczy – NIGDY.

Polub siebie. Spójrz trochę łaskawszym okiem. Bądź swoim przyjacielem, nie wrogiem. Będzie Ci łatwiej dbać o siebie. Bo jak kogoś kochasz, to o niego dbasz, prawda? Troszczysz się, chcesz jak najlepiej, dbasz o zdrowie i dobre nawyki. Moją dodatkową motywacją jest to, że jako Mama muszę pamiętać, że czworo oczu coraz baczniej i coraz bardziej rozumnie mnie obserwuje. Chcę, żeby widziały Mamę zdrową, dbającą o siebie, ale i szczęśliwą. Taką, która lubi siebie, a nie ciągle narzeka na za grube łydki. Piękna, zgrabna i powabna? Tak. To o mnie. Mam nadzieję, że o Tobie też.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała

Inline
Inline