Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Jak to robi TwinMama: PIERWSZA PODRÓŻ Z BLIŹNIAKAMI

Biorąc pod uwagę, że część naszej najbliższej rodziny stacjonuje nad morzem, w całkiem przyjemnych leśno-łąkowych okolicznościach przyrody, dość oczywiste było, że jak dzieci pojawią się na świecie, będziemy chcieli odwiedzać te rejony tak często, jak to możliwe. Pierwsza okazja nadarzyła się dość szybko. Wielkanoc. Twixy właśnie kończą dwa miesiące. Po konsultacji z naszą Panią doktor i otrzymaniu zgody na wyjazd, zaczynamy przygotowania do naszej pierwszej, dłuższej niż z domu do przychodni, podróży.

 

Cel:

prosty – dojechać w niezmienionym składzie i w niepogorszonej kondycji (psychicznej i fizycznej)

Obawy:

mnóstwo – co zabrać, ile zabrać, o której jechać, a czy im będzie wygodnie, czy będą spały, jak przewijać i gdzie i kiedy, czy wszystko uda się upchnąć do sporego, aczkolwiek mimo wszystko nie przepastnego bagażnika naszego samochodu, czy nie będzie za głośno, czy nie będzie za zimno, czy nie będzie za wietrznie i zbyt wyboiście. Do tego całe mnóstwo mniej lub bardziej absurdalnych obaw związanych z odpowiedzialnością za zdrowie i życie dwóch mikro osób oraz faktem, że to nasza pierwsza daleka podróż.

Wiek podopiecznych:

2 miesiące

Trasa:

ok. 400km, z południa na północ

Środek transportu:

samochód osobowy, względnie rodzinny i całkiem terenowy

Miejsce docelowe:

dom rodzinny, co stwarza pewne ułatwienia. Nikomu nie będzie przeszkadzać, że przyjeżdżamy z całym dobytkiem (chyba… Mamo?), sporo rzeczy jest też na miejscu.

Termin:

początek kwietnia

Czas pobytu:

tydzień

Godzina startu:

Wtedy jeszcze Twixy spały praktycznie non stop z pobudkami na jedzenie. Naszym wyznacznikiem okazała się więc być wizyta kontrolna u ortopedy, która zbiegła się terminem z naszym wyjazdem. Wyruszyliśmy praktycznie spod przychodni, około południa.

Szacowany czas:

a kto to wie, byle bezpiecznie

Lista rzeczy, które miałam „pod ręką”:

  • pieluchy tetrowe. Dużo. Twixy wtedy jeszcze strasznie ulewały, więc zastosowanie jako zabezpieczenie pod szyję, wymiana zabezpieczenia, dodatkowo do karmienia, jako osłona wszystkich wyparzonych rzeczy, o których będzie później, plus na „wszelki wypadek”. Myślę, że „pod ręką” miałam ich z 8szt co najmniej.
  • wyparzone butelki (Twixy dostawały wtedy głównie moje mleko z butli) owinięte w tetrę
  • wrzątek w termosie na wypadek gdyby coś potrzebowało „dezynfekcji”
  • laktator, randki miewaliśmy wtedy co 3 godzimy, a nie planowaliśmy dojechac na miejsce w 3 godziny. Wszystkie części rozmontowane, wyparzone i pozawijane… w tetrę
  • baterie do laktatora, dużo
  • ubranka na zmianę. (wspominałam o ulewaniu?) około 4 kompletów – bodziak, pajac, skarpetki.
  • kocyki, no bo już sama nie wiem czy będzie w samochodzie za zimno czy za ciepło, co nie?
  • pieluchy, chusteczki, rozkładana mata-przewijak, krem na odparzenia
  • butelki z wodą i porcja mleka modyfikowanego na głowę, na wypadek, gdyby nie udało mi się odciągnąć tyle pokarmu ile trzeba lub… wylałabym wszystko niechcący, co zdarzało mi się już bez podróży po wyboistych wertepach  samochodem. Wszystko owinięte w tetrę
  • zapasowe smoczki

Lista rzeczy do zabrania w ogóle:

WSZYSTKO. A jeśli ktoś nie wierzy, to proszę bardzo:

  • wózek wraz z gondolami, które zajmowały 3/4 bagażnika, folia przeciwdeszczowa, osłona przeciwsłoneczna w postaci… pieluch tetrowych, a jakże
  • ubranka codzienne plus ekskluzywne zestawy ciuchów, których nigdy wcześniej nie ubieraliśmy typu sukienki, krawaty itp., na ewentualną sesję w dziecięcym Vogue czy szybki wyjazd na faszynłika (bo w jakim innym celu ja się pytam??)
  • kosmetyki wszystkie, jakie tylko mieliśmy w dziecięcych zapasach, a więc mydło, oliwka i 17 rodzajów kremów. Do tego grzebień, obcinacz do paznokci
  • domowa apteka w postaci leków przeciwgorączkowych, termometru, soli fizjologicznej, gazików, wody morskiej w spreju, witamin, czy glutoodciągacza zwanego Katarek itp. 
  • pościel
  • przewijak (no bo one takie małe, nie będę ich kładła byle gdzie, a przecież to tylko kawałek gąbki, przecież się zmieści w bagażniku… Na prawdę nie można było ich przewijać na łóżku?)
  • ulubiony rondelek do gotowania wody dla dzieci (idealny rozmiar, kształt i ta przykrywka! No jak tu go nie zabrać?)
  • wyparzacz do butelek
  • leżaczki
  • grzechotki, zabawki, gryzaczki czy cokolwiek, co było wtedy w obiegu
  • ręczniki z kapturkiem
  • porcja dziecięcego proszku do prania
  • wagę. Tak. Taką do ważenia niemowląt. Przez pierwszy rok mieliśmy taką tradycję ważenia dzieci każdego 4-go danego miesiąca. 4 kwietnia wypadał podczas naszego pobytu, więc to chyba jasne, że musiała jechać z nami

Mam wrażenie, że było tego dużo, dużo więcej, ale chyba to wyparłam ze swojej świadomości.

Czego nie wzięliśmy:

umiaru w pakowaniu towarów typu „na wszelki wypadek”

Przebieg:

Nie wiem jakim cudem udało się nam ,a w zasadzie Ojcu, zapakować to wszystko i znaleźć jeszcze bezpieczne, czyli nie obłożone torbami, miejsce dla dzieci. Nie wiem jakim cudem miałam te wszystkie rzeczy, owinięte w wypraną w milionie stopni, odkażoną i wyprasowaną tetrą, rzeczywiście pod ręką. Po wspomnianej wcześniej wizycie u ortopedy, nakarmieniu dzieci odciągniętym rano mlekiem, zmianie pieluchy na korytarzu w przychodni, nastawieni na wszystko, wyruszyliśmy w drogę. Mając do wyboru naszą ukochaną i tradycyjnie użytkowaną, pełną przygód, wybojów, zajazdów, McDonalda w Ostródzie i innych atrakcji „siódemkę” i świeżutką, pachnącą, gładką jak szklanka, szeroką jak tyłek Kim Kardashian i płaską jak klata dwunastolatka, autostradę, rozsądnie i odpowiedzialnie wybraliśmy to drugie. Po tych karkołomnych przygotowaniach i tonie obaw, nasza podróż przebiegła tak, że Twixy całą drogę przespały. Ledwo uchyliły oko na karmienie, szybka zmiana pieluchy i dalej w drogę. Przy dźwiękach laktatora i szumie silnika minęło im około 5 godzin niemalże nieprzerwanego snu. Tylko ja spać nie mogłam w napięciu, czujnie obserwując czy wszystko na pewno ok.  Z wszelkich możliwych dramatów, nie wydarzyło się absolutnie nic. To była chyba najnudniejsza podróż w naszym życiu. Nie bez powodu pewnie od tamtej pory jeździmy znowu „siódemką”…

Podsumowanie:

Zabraliśmy wtedy ze sobą tyle rzeczy, że nasze mieszkanie wyglądało, jakbyśmy właśnie się wyprowadzali do kompletnej dziczy, na resztę naszego życia. Mam wrażenie, że zostały tylko meble. Nasze koty zyskały tyle przestrzeni, że przez te kilka dni chyba w ogóle się nie widywały. Czy było tego za dużo? Może było. Ale czy wszystko się przydało? Tak. Czy moglibyśmy się obejść bez połowy z tych rzeczy? Pewnie tak. Raczej na pewno, w sumie.Teraz zabieramy jedną szesnastą tego wszystkiego, ale to temat na zupełnie inny post. Podsumowując, z perspektywy czasu wiem, że nic bym nie zmieniła. Interesujące, budujące doświadczenie, wspaniale spędzony czas z laktatorem przy cycku kryjąc się przed mijającymi nas samochodami i panią w budce przy bramkach na autostradzie, a na miejscu przede wszystkim nieoceniona pomoc i oddech dla młodej, zagubionej jeszcze momentami Matki. Było magicznie. Teraz już wiem, że podróże na prawdę kształcą.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline