Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Jak to robi TwinMama: PIERWSZY MARATON – PRZYGOTOWANIA

Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat temu, że przebiegnę kiedyś maraton to… pewnie przyznałabym mu rację. Lubię wyzwania, lubię się zmęczyć, lubię przekraczać granice i lubię biegać. Zaliczając po drodze falstart w postaci przygotowań przerwanych ciążą, po 8 miesiącach od urodzenia Twixów udało mi się ukończyć maratoński debiut od zera do finiszera, czyli moją drogę po królewski dystans.

Przygotowania do startu rozpoczęłam od stopniowego powrotu do biegania po porodzie i okresie połogu. Ze względu na cesarskie cięcie swój pierwszy trening biegowy zrobiłam około 2,5 miesiąca od operacji, o czym pisałam już kiedyś TUTAJ. Mój upragniony cel, czyli Maraton Warszawski zaplanowany był na ostatnią niedzielę września 2015 roku.

Jako biegacz amator potrzebowałam jakiegoś sensownego planu działania. Niby cel prosty: ukończyć maraton, a żeby więcej biegać, trza po prostu więcej biegać, czy nie? Tak na prawdę wymagało to ode mnie kilku mniejszych planów nazwijmy je składowych, które zawarłabym w kategoriach:

Plan treningowy. Bez tego ani rusz. Kiedy, ile, jak szybko itd. Mam to szczęście, że mogłam korzystać z wiedzy i wsparcia dużo bardziej doświadczonej MatkaMaratonki. Oprócz tego wspierałam się gotowymi planami dostępnymi na stronach typu bieganie.pl czy tymi, udostępnionymi na stronie maratonu warszawskiego. W skrócie mój schemat opierał się na dwóch krótszych treningach w tygodniu we wtorki i czwartki i niedzielnym długim wybieganiu.Treningi w tygodniu składały się z rozmaitych przebieżek, interwałów, podbiegów i innych bajerów. Niedziela to oprócz długiego dystansu nauka chociażby przyjmowania płynów podczas biegu czy testowanie żeli. Nie będę się bardziej na ten temat rozpisywać, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ja myślę, że się znam, a to by było nie do pomyślenia. Tworzenie planów zostawmy profesjonalistom.

Stylówka. Buty biegowe to podstawa, to chyba oczywista oczywistość. Miałam już swoje ukochane Najki, ale stanęło przede mną inne wyzwanie. Równie ważne dla biegającej Matki, regularnie pokonującej długie dystanse, to odpowiednia cycko-zbroja. Porządny, starannie dopasowany biustonosz DO BIEGANIA czyli taki, który jest w stanie zabezpieczyć mleczarnię przed miliardem wstrząsów, które serwuje mu pędząca TwinMama. Tutaj nie było możliwości oszukania, zaopatrzenia się w jakiś ładny, kolorowy, pierwszy lepszy stanik z kolekcji sportowej w pierwszej lepszej sieciówce. Nie przebiegniesz maratonu w trampkach, tak samo nie przebiegniesz maratonu z dyndającym od kostek po czoło biustem. No bez jaj. To znaczy pewnie przebiegniesz. Życzę powodzenia, gratuluję głupoty, żegnam resztki jędrności twojego biustu i witam problemy z kręgosłupem. Bieganie latem lubi też czapkę z daszkiem ratującą głowę przed udarem, wzrok przed ślepotą i twarz przed kurzymi łapkami od mrużenia oczu oraz pas z bidonem pełnym zagotowanej od temperatury otoczenia wody, ale hej, lepszy rydz niż nic i lepsza zupa z mineralnej niż zgon z odwodnienia. Ten dosłowny i w przenośni.

Gadżety. Pewnie można bez nich biegać, tylko po co? A mówiąc już bardziej serio po pierwsze nie umiem trenować bez muzyki. Oficjalne starty lub bieg z towarzyszem to co innego, ale w pozostałych przypadkach muszę mieć coś, co zagłusza moje sapanie. Jak na prawdziwie profesjonalnie podchodzącą do sprawy biegaczkę przystało, zaopatrzona byłam więc w telefon, słuchawki oraz oprogramowanie wspomagające w postaci aplikacji Nike + i Endomondo. Tak, tak. Zero profesjonalnego sprzętu. Dopiero kilka ostatnich treningów i maraton sam w sobie zrobiłam na pożyczonym Garminie. Na własny cały czas zbieram. (No gdzie to 500+ ???)

Organizacja. Przygotowania do wrześniowego maratonu mają to do siebie, że znaczna większość treningów odbywa się latem. To bardzo odkrywcze. Wiem. Wiąże się to z pewnym, dość mocnym w moim mniemaniu utrudnieniem, jakim jest wszechobecny upał. Biorąc pod uwagę, że dla mnie prawie każdy słoneczny dzień powyżej 12’C oznacza upał, musiałam jakoś ogarnąć pory treningów tak, żeby nie dostać udaru. Niedziela nie stanowiła większego problemu. Mieszkam w odległości 1,5km od lasu. Wystarczało więc wybiec z domu nawet około 9 – 10:00, żeby móc przetrwać długie wybieganie w kojącym (powiedzmy) cieniu drzew. W tygodniu nie było już tak wspaniale. Sensowną porą na bieganie mogłoby być wstawanie około 5 rano. Wtedy na zewnątrz jest jeszcze całkiem przyjemnie. Niestety na tym etapie życia Twixów, nasze noce wyglądały powiedzmy różnie, więc tak wczesne pobudki nie do końca wpisywały się w krąg moich zainteresowań lub nawet możliwości. Zostawały więc popołudnia. Kiedy słońce schodziło wystarczająco nisko, by tu i ówdzie rzucić odrobinę cienia, wyruszałam w trasę. TwinOjciec postawiony został w tryb „Matki droga do maratonu” i dzięki temu poza godzinami jego pracy, mogłam dość elastycznie dobierać sobie pory treningu.

Ćwiczenia uzupełniające czyli coś, o czym każdy biegacz powinien pamiętać. Wzmacnianie mięśni trzymających ciało w kupie i ochrona przed kontuzją. Nie będę ściemniać. W tym temacie nie byłam zbyt sumienna. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Przez prawie cały sierpień wykluczyłam się z biegania przez ból kolana i problemy z biodrem. Skąd wiem, że to przez brak dodatkowych ćwiczeń? Bo przed startem w moim drugim maratonie ćwiczenia uzupełniające wykonywałam regularnie w środy i często dodatkowo w piątki lub soboty. Oprócz bezproblemowego etapu przygotowań, sam komfort biegu podczas startu był nieporównywalnie większy.

Motywacja. Można powiedzieć, że regularny trening do maratonu rozpoczęłam w czerwcu. Oznacza to, że moje życie przeprogramowane zostało na okres prawie czterech miesięcy regularnych treningów, a przynajmniej taki był plan. Choćby marzenie o maratonie było nie wiem jak wielkie, nie ma mowy, żeby człowiek o tak słomianym zapale jak ja, zawsze i za każdym razem z radością w sercu i pełen werwy wybiegał na trening. No way. Pierwszym punktem motywacyjnym było powiadomienie znajomych o moim maratońskim planie. Skoro już wszyscy wiedzą i trzymają kciuki, to głupio byłoby się poddać. Dodatkowo podczas treningów często wizualizowałam sobie moment wbiegnięcia na metę. Wyobrażałam sobie jak to będzie, mijać wiwatujące tłumy w tym średnio  ogarniające co się dookoła dzieje Twixy. Wzruszałam się na samą myśl, wyłam jak bóbr w momencie, w którym to działo się na prawdę i do tej pory na samo wspomnienie szybciej bije mi serce. Było coś jeszcze co motywowało mnie do przygotowań i startu w tym konkretnym maratonie. To była możliwość zrobienia czegoś nie tylko dla siebie, ale też dla innych.

BiegamDobrze. W 2015 roku organizatorzy maratonu warszawskiego po raz pierwszy umożliwili biegaczom planującym start w maratonie nadanie jeszcze większej mocy całemu przedsięwzięciu. Droga była prosta. Zapisując się na listę startową każdy biegacz miał możliwość wyboru jednej z kilku fundacji charytatywnych i uruchomienia specjalnego indywidualnego konta do zbiórki pieniędzy na wybraną sprawę. Przy osiągnięciu pułapu 300zł, biegacz otrzymywał numer startowy, bez konieczności dodatkowego opłacania startu, a całość zebranej kwoty trafiała do wybranej na początku fundacji. Od razu wiedziałam, że chcę wziąć udział w tej akcji. Wybrałam wtedy fundację SYNAPSIS i to właśnie dla niej udało mi się zebrać trochę ponad wymagane minimum. Kolejne, pojawiające się na koncie mojej zbiórki dla fundacji wpłaty dawały mi gigantycznego kopa. Oprócz tego, że wiedziałam, że pomagam innym, to czułam, że w ten sposób inni kibicują mi w tej podróży do osiągnięcia upragnionego celu.

Wszystko to działo się dokładnie rok temu. Dziś znowu staję na starcie przygotowań do kolejnego maratonu. Dziś znowu chcę zrobić to dobrze. Dziś znowu zaczynam zbiórkę. Tym razem mój wybór padł na fundację WCZEŚNIAK. Jako przyszła Matka bliźniąt przez całą ciążę miałam gdzieś z tyłu głowy, że moje dzieci mogą urodzić się przedwcześnie. Miałam to niesamowite szczęście, że tak się nie stało. Jest jednak cała masa dzieci, które ze względu na przedwczesny poród potrzebują wsparcia. Co tu dużo mówić. Zróbmy to. Przekłujmy fejsbukowe lajki na chociażby pojedyncze złotówki. Mój cel jest prosty. W momencie tworzenia konta do zbiórki mój fanpejdż został polubiony przez 1294 osoby. Taki właśnie jest mój cel. Nie oczekuję wiele. Oczekuję jednej złotówki od każdego z Was. Dokładnie tyle wystarczy, żeby osiągnąć pułap 1294zł. Czas start. Pomóż mi pomagać. Kliknij w poniższy link (lub zdjęcie, jeśli w link trudno trafić 😀 ) i ślij dobro! Lets du dis! 

TWINMAMA BIEGA DOBRZE – KONTO DO ZBIÓRKI

MS4yQGNpZA== (13)

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline