Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Pałowanie, desant nocnikowy i pierwszy raz na placu zabaw

W całej tej wyprawie na plac zabaw bałam się huśtawek rozbijających głowę, dziecka spadającego ze zjeżdżalni, czarownicy, kosmitów i chyba sama nie wiem czego jeszcze. Tymczasem do porządku dziennego przeszłam bezproblemowo zupełnie nad jawnym i zmasowanym zamachem na moje życie. Niezbadane i pokrętne jest rozumowanie Matki, wybierającej się z półtorarocznymi bliźniakami na spacer.

PRZYGOTOWANIA

Złapałam dziecko. Położyłam na przewijakopodłodze. Zdjęłam pieluchę. Drugą ręką powstrzymując cztery wierzgające kończyny przed prawdopodobną potrawienną apokalipsą. Trzecią ręką złapałam nocnik lecący w kierunku mojej twarzy wprost z rąk drugiego osobnika. Ponownie złapałam wierzgające kończyny. Usunęłam to co się usuwa w takich sytuacjach. Zdejmując sobie jednocześnie dwunastą już chyba ręką osobnika numer dwa z kolan i nocnik z głowy. Mojej głowy. Tym razem przezornie, nie puszczając uścisku na wierzgających kończynach, dorzuciłam tak zwany chwyt kleszczowy nożny. Wkładam pampersa nówkę pod tyłek osoby numer jeden, łapiąc przy tym kolejny nocnik tym razem wycelowany w głowę leżącego. Zaraz. Ile my mamy tych nocników?? Próbuję zapiąć pieluchę. Przerywam czynność żeby ściągnąć osobie drugiej, córce, z palca… nocnik. Bo od rzucania zrobiła się w nim dziura idealna, żeby upchnąć palec, ale już nie umieć wyjąć. Z drugiego pokoju słyszę rzygającego kłaczkiem kota, ale na to nauczyłam się już nie reagować. Zbieram osobnika numer jeden z podłogi, względnie bezproblemowo umieszczam w jako takich wyjściowych gaciach i tiszercie i dla bezpieczeństwa własnego, ze wskazaniem na zdrowie psychiczne, wstawiam młodego do łóżeczka. Niech czeka. Tam będzie bezpieczny. I ja będę bezpieczna. To przede wszystkim.

Łapię osobę numer dwa wyjmując jej z ręki mój telefon, który na pewno położyłam na szczycie Wieży Babel, Oka Saurona lub na drugim końcu tęczy, co oczywiście i tak nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Zawsze go znajdą. Zawsze. Bez większych obaw o niespodziewany atak montuję osobę numer dwa na przewijakopodłodze. Względnie zrelaksowana, acz zmotywowana do opuszczenia domu w końcu, bo ileż można się zbierać, zabieram się do czynności pielęgnacyjno-porządkowych. Obrywam nagły i zajebiście mocny cios w głowę. Liczę zęby. Liczę gwiazdy. Łapię oddech. Zastanawiam się skąd przyszedł atak. Kątem oka widzę leżącą na podłodze sztachetę wyrwaną z łóżeczka. Aha. No tak. Taka stara, a taka głupia. Dała się podejść dziecku, co nawet metra wzrostu nie ma, podtykając mu pod sam nos broń zdecydowanie dalekiego i silnego rażenia. Zza pleców słyszę niski i przytłumiony własną dumą głos mojego oprawcy, syna własnego, na mej piersi (poniekąd) wyhodowanego: „Bach!” Srach…Noł szit Szerlok! Ile razy mam tłumaczyć? No ile?! Jak coś niechcący upadnie to jest „Bach!”, ale jak pirzgniesz czymś o podłogę z całych sił to jest to zdecydowanie jednak „Sru!”, a nie niewinne „Bach!”, a za „Sru!” w Matkę, to już jest paragraf, a na pewno konfiskata 500+. Co najmniej do komunii.

Dobra. Już. W końcu. Udało się. Ubrane. Nasmarowane tarczą przeciwsłoneczną. Usadzone. W pasy zapięte. Jeszcze tylko… spakuję picie, banana, jogurcik, chrupka, bógwiecojeszcze, mokre chusteczki, które zostały wyciągnięte z torby wózkowej i powtykane  we wszystkie możliwe zakamarki mieszkania. Znajdę klucze, które przecież jeszcze chwilę temu były w zamku i nagle magicznie zniknęły. Poślizgnę się na własnej karcie kredytowej. Zdziwię się, czemu znalazła się na podłodze. Zrozumiem lokalizację karty po tym jak wyjmę portfel z rąk osoby numer jeden i zabiorę dowód osobisty drugiemu Twixowi. Zorientuję się, że mam pomalowane rzęsy tylko po jednej stronie twarzy, policzę koty, zamknę balkon, policzę koty, otworzę balkon, wygonię z balkonu kota, zamknę balkon, policzę koty, wyjdę z domu, zamknę za sobą drzwi, otworzę je, wrócę się po słuchawki, bo nie umiem bez nich spacerować, zamknę chałupę. Winda. Patio. Powietrze. Świat. Spokój. Cisza. Szum samochodów… „Da! Da! Da! Da! Da! Da! Da! Da! Da!” Zatkam dzioby zdradzieckim pelikanom czymkolwiek, co akurat wypadło na drugie śniadanie i rozpoczynam podróż. Teraz już będzie pięknie.

NA DWORZE

Ze smyczami póki co nie wyszło, ale tak mi się spodobała wizja #wolnościdlaTwixów, że postanowiłam trochę poeksperymentować. Dobra nie będę ściemniać, że specjalnie szukałam. Szliśmy w zasadzie do Biedry, łapiąc po drodze Pokemony, kiedy oczom mym ukazał się ON. Ogrodzony. Niewielki. Piaskownica – jest. W zasadzie cały teren wysypany miękkim piachem – jest. Podwójny bujak na sprężynie – jest. Domko-ścianko-schodko-zjeżdżalnia rozmiar wersja półtoraroczny krasnal – jest, że jak zleci jakimś cudem, to nawet powinien w zdrowiu jako takim przeżyć. Dwie huśtawki kubełkowe, krzesełkowe czy jak je tam zwą – są. Do tego na tyle wysoko, że biegnący krasnal nie zaliczy zderzenia prosto w czapę. Cień drzew – jest. Ludzi – brak. Hmm.. A gdyby tak… A może by tak… Czy to jest właśnie ten moment? A może by spróbować… No tak , ale wyjmę z wózka, to wsadzić się potem nie dadzą, a zakupy trzeba zrobić, a do domu kawałek, a rozbiegną mi się sama nie wiem gdzie, bo przecie teren ogrodzony, ale się na pewno rozbiegną, a jutro to już będzie obstawa na spacerze, to je ten jeden raz nie zbawi. No i tak dumałam, dumałam, westchnęłam i poszłam. Przeszłam 3 metry palnęłam się w głowę i wróciłam na plac zabaw.

NA WOLNOŚCI

Wypuściłam towarzystwo na wolność i sama nie wiem kto miał większą radochę. One z tej swobody, czy ja z ich zachwytu nad własną niepodległością. Wszystkie sprzęty zaliczone. Zjeżdżalnia razy osiem. Huśtawka dwa razy, bo za pierwszym nie skumały o  co chodzi i od razu chciały wysiąść. Na sprężynach już wcześniej skakały, więc tu z większą dozą śmiałości, a piaskownica chyba zdecydowanie przytłoczyła ich rozmiarem. Wlazły więc tylko do niej, pacnęły na tyłkach milimetr od siebie i czekały na rozwój wydarzeń, czy cokolwiek na co można czekać gapiąc się w piasek i wydając co chwila pełne zachwytu odgłosy „Oooo! Oooooooooooo! Ooooooooooooooooo!”. Baba Jaga nie wyskoczyła z krzaków, kosmici też nie, ze trzy Pokemony za to jak najbardziej, a i zakupy w drodze powrotnej udało się zrobić. Pełen sukces. No i co ja sobie myślałam?

Biorąc pod uwagę całą procedurę wydostawania się z domu i porównując ją z przedsięwzięciem pt. „Plac Zabaw” po raz kolejny przekonuję się, że największe bariery buduje mi moja głowa. Przeżyłam desant nocnikowy, przeżyłam pałowanie sztachetą, a huśtawek i zjeżdżalni się wystraszyłam. Pierwsze koty za płoty. Nagła dorosłość i gotowość nastała. Matki oczywiście. Twixy już dawno sprytniejsze ode mnie.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline