Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Połówka w Gdyni i jedna piąta mojego wielkiego projektu

Rok temu w marcu wystartowałam w półmaratonie w Gdyni. Bieg ten tak bardzo mi się spodobał, że obiecałam sobie wystartować również rok później. W międzyczasie okazało się, że Gdynia jest mi potrzebna również z innego ważnego powodu, ale o nim później. Najpierw trochę na temat pierwszego oficjalnego startu po zimowym kiblowaniu w domu w związku z zerwanym w październiku ścięgnem w stawie skokowym.

Powroty po kontuzji

Tak sobie wymyśliłam i tak zaplanowałam, że to właśnie Gdynia będzie oficjalnym debiutanckim startem  w zawodach po kontuzji. Zeszłoroczny bieg zaowocował życiówką i pierwszym upragnionym złamaniem 2 godzin w półmaratonie. Możliwość wystartowania w zorganizowanym biegu plus wspomnienia z zeszłego roku bardzo motywowały mnie do tego startu.

Wiadomo jednak nie od dziś, że jak sobie człowiek coś wymyśli to potem dzieją się różne nadprzyrodzone niemalże historie, żeby mu te plany utrudnić, bo nie może być zbyt łatwo. Im bliżej do startu tym więcej było wydarzeń w stylu choroby, osłabienia, bóle wszelakie itp. Itd. Treningi zdecydowanie nie szły po mojej myśli. Nie lubię się poddawać, więc mimo wszystko walczyłam o każdą możliwość pobiegania, czy chociażby poćwiczenia na podłodze w kuchni, podczas gdy zasmarkane Twixy siedziały na kanapie oglądając Peppę. Kiedy w końcu udało mi się zrobić bardziej konkretne dłuższe wybieganie w postaci 17 kilometrów uwierzyłam, że Gdynia jest jednak do zdobycia.

W dniu startu

Otworzyłam rano ślipia i wpół śpiąca poczłapałam do łazienki. Zasiadłam ledwo przytomna na kibelku i wtedy kątem oka uchwyciłam widok. Widok piękny, wspaniały, wręcz zachwycający… gdyby to była wigilia. Oczom mym ukazała się bowiem cudowna, konkretna śnieżyca. „No ok.” pomyślałam. „Czyli tak się będziemy bawić”. Na szczęście pogoda chyba ogarnęła, że w dupie mam jej kaprysy i dość szybko odpuściła.

W drodze na start było raczej nerwowo, ale kiedy tylko zbliżyliśmy się do celu wraz z towarzyszącym mi Wujem vel Bratem TwinMamy i ekipą wspierającą, stres zdecydowanie odpuścił. Widok rozgrzewających się tłumów biegaczy, pełno wolontariuszy, głośna muzyka i komunikaty organizatorów, a także znajome kolejki do tojtoja zawsze działają na mnie kojąco. Wiem, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Teraz tylko rozgrzewka, kibelek, łyk wody lub dwa, obowiązkowe pamiątkowe foto na fejsbunia i Instagrama i możemy lecieć.

Start

Nauczona doświadczeniem zeszłorocznym trzymałam na sobie coś ciepłego do ostatniej chwili. Teraz miałam możliwość przekazania bluzy naszym towarzyszom. W innym wypadku wystarczyłby koc termiczny, czy zwykły worek na śmieci, który można zostawić na starcie. Z jednej strony więc nie rozumiem ludzi narzekających, że w strefie startowej było zimno i wiało. Byliśmy na Skwerze Kościuszki. Nad samym morzem. Helloooooł! Czego się spodziewaliście? Podgrzewanych namiotów? Z drugiej strony sama przemarzłam na kość rok wcześniej, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby narzekać z tego powodu na organizację zawodów. No bez jaj. Trochę pomyślunku i wszyscy będą cali i zdrowi.

Start rozplanowany był na strefy czasowe. To zawsze dobry pomysł. Pozwala na chociażby minimalne rozładowanie tłoku na samym początku. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę ulicy Świętojańskiej, czyli od razu pod górę. Bałam się jej nie ze względu na pierwszy kilometr, ale osiemnasty. Trasa była tak rozplanowana, że odcinek ten pokonywaliśmy dwa razy. Kiedy tylko wybiegliśmy na Świętojańską szybko okazało się, że nie ma się czego bać. To co się tam działo to był jakiś kosmos! Po obu stronach ulicy wzdłuż całej trasy stali ludzie. Zarówno pojedynczy przechodnie jak i całe grupy zorganizowane. Te najliczniejsze stanowiły dzieciaki z różnych szkół. Miały kolorowe czapki, czasem całe stroje, pomalowane twarze, pompony, bębny, megafony. Sama nie wiem czego nie mieli, ale robili taki cudowny hałas, tak wspaniale dopingowali, że podbieg stawał się niemalże niezauważalny! Nogi same niosły.

Trasa

Kto kiedykolwiek był w Gdyni zdaje sobie sprawę, że ponad 21 kilometrów trasy nie oznacza biegu po płaskim. Jest to ciąg podbiegów i zbiegów. Odcinków płaskich jak na lekarstwo. Nie był to mój pierwszy bieg w tym mieście. Oprócz zeszłorocznych zawodów zdarzały mi się treningi w tych okolicach, więc teoretycznie byłam na to przygotowana. Praktycznie trzęsłam portkami nie wiedząc czy sobie poradzę.

Ku mojemu zaskoczeniu poradziłam sobie! Było dużo lepiej niż mogłabym się spodziewać! Podbiegi nie sprawiały mi aż tak dużej trudności, a zbiegi dodawały skrzydeł. Na pewno wpływ na to miała cała atmosfera na trasie. Punkty odżywcze były super przygotowane. Woda w małej butelce z „dziubkiem” to super patent w porównaniu do zwykłego kubeczka, z którego w biegu dużo trudniej jest się napić. Do tego doliczyć trzeba piękno Gdyni, którą osobiście uwielbiam. Na koniec najważniejszy i najmocniejszy punkt, który złożył się na całą atmosferę biegu stanowili kibice. Wiadomo, że nie da się równomiernie obłożyć całej 21 kilometrowej trasy dopingującymi ludźmi, czy punktami kibicowania, ale jeżeli już ktoś przy trasie się pojawiał to dawał super wsparcie. Zawsze wzruszają mnie np. pojedyncze, stojące samotnie starsze panie dopingujące z całych sił przypadkowe osoby albo małe dzieci wystawiające łapki do przybicia biegaczom piątki mocy.

Żeby nie było za łatwo

Oczywiście było parę takich momentów, w których organizm postanowił mnie odrobinę nastraszyć, żebym nie czuła się zbyt pewnie. Najpierw na 4 kilometrze zaczęła boleć mnie skręcona kilka miesięcy temu kostka. Nie jakoś dramatycznie, ale wyobrażasz sobie co to robi z głową, kiedy to dopiero początek biegu? Powiedziałam jej jednak, żeby się pocałowała w ścięgno i dała mi biec, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły i bieg sam się nie zrobi. O dziwo posłuchała i przestała boleć.

Na 9 kilometrze zaczął boleć mnie bark. Z tym miewam czasami problem na treningach do tego stopnia, że muszę się zatrzymać i porządnie rozmasować, żeby w ogóle móc dalej ruszyć z miejsca. Na taki manewr nie miałam ani czasu ani ochoty. Na szczęście udało mi się go trochę rozmasować w biegu. Chwilę później zobaczyłam tuż przy trasie czekającą na mnie Karolinę, która pisała do mnie wcześniej, że może uda jej się stanąć gdzieś i przybić piątkę. Z Karoliną nie widziałam się jakieś 8 lat. Mimo to, mimo zimnicy na zewnątrz, mimo tego, że nie wiadomo było czy zdąży, czy w ogóle się wypatrzymy, przyszła. Takie momenty sprawiają, że człowieka nic już nie boli, a nogi same niosą! Dziękują Karola! <3

W międzyczasie też wpadł mi do głowy pomysł na problemy z żołądkiem, które kiedyś były moim biegowym standardem, ale równie szybko postanowiłam, żeby sobie poszły i o dziwo również posłuchały. Wszystko jest w głowie ludzie!

Finisz

Odcinek Świętojańskiej pokonywany po raz drugi znowu przy niesamowitych owacjach niemalże przefrunęłam. Co prawda z wrażeniem 40 kilogramowych odważników na nogach, ale w środku aż mnie rozsadzało z energii, którą dawał ten doping. Potem już tylko ostatni punkt odżywczy, zbieg w stronę morza, bieg wzdłuż bulwaru i jesteśmy znowu na Skwerze. Kiedy widzę metę zawsze muszę walczyć z narastającym gulem w gardle. Jeszcze nie rycz! Jeszcze nie teraz! Jeszcze 200 metrów! Zobaczyliśmy z Wujem kibicujących nam już po raz trzeci na trasie naszych wspieraczy w postaci Ojca i przyszłej wujowej małżonki. (Dziękuję również Wam za cudowny  doping i fotorelację na bieżąco! <3 ) No dobra. To teraz już ciśniemy na zawał. Skończmy to wreszcie. Wuj sapnął coś w stylu „dobra, chuja tam… napierdalaj!” Tłumiąc nadchodzący z wzruszenia szloch, nie widząc za bardzo na oczy z powodu napływających łez pocisnęłam ile wlezie resztką sił w nogach i powietrza w płucach i wbiegłam na metę.

Na koniec

To był wspaniały bieg pod każdym względem. Atmosfera, kibice, wiatr, który nie wiał tak mocno, podbiegi, które nie były jednak tak długie i strome i zbiegi, które niosły, ale nie odbierały sił na kolejne kilometry. W wersji realnej zakładałam biec ze średnim tempem maksymalnie 6:15 min na kilometr, w wersji optymistycznej poniżej 6:10. Wbiegliśmy na metę z czasem 2:06:36 czyli oczywiście dalekim od życiówki, ale dającym średnie tempo równe 6:00. Wow, wow, wow! Kolejne jedno wielkie wow. Moje ciało , w tym głowa, nie przestają mnie zaskakiwać.

Jedna piąta mojego wielkiego projektu

Tu dobijam do sedna sprawy, o której wspomniałam na początku. Jakiś czas temu postawiłam sobie nowy biegowy cel do zrealizowania na ten rok. Jest nim zdobycie Korony Polskich Półmaratonów. To dla mnie wielka sprawa. W związku z czym muszę w 2017 roku przebiec pięć wybranych z listy dziesięciu półmaratonów, które będą odbywać się w całej Polsce. Bardzo ucieszył mnie fakt, że w tym roku Gdynia znalazła się na tej liście. Panie i Panowie, niniejszym ogłaszam, że jedna piąta Korony została przeze mnie zdobyta! Kolejne etapy to:  Warszawa (26.03), Białystok (14.05), Gorzów Wielkopolski (11.06) i Piła (09.09).

Kciuki jak zwykle mocno wskazane!

Jeśli los nie spłata mi żadnego figla to do Gdyni wrócę również za rok. Jeżeli wahasz się czy wystartować, czy nie, to Gdynia jest na pewno wspaniałym pomysłem. Tymczasem relaks, rolowanie, a od jutra dalsze treningi.

Biegajcie ludzie! Ćwiczcie. Ruszajcie się, bo to fantastyczna sprawa. Wyznaczajcie sobie cele i realizujcie je. Wszystko jest w Tobie. Wszystko jest w głowie.

Peace, love and krówki.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ.

Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

Komentuj. Koniecznie daj znać, co o tym wszystkim myślisz.

 

Inline
Inline