Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

SPACER Z DZIECKIEM NA SMYCZY: Oczekiwania vs Rzeczywistość

Był piękny, słoneczny, majowy dzień. Spacerowałam kolejną godzinę ze śpiącymi w wózku niespełna czteromiesięcznymi Twixami i nagle TO zobaczyłam. TO było jak olśnienie, iluminacja, eureka. TO było dziecko przymocowane do maszerującej za nim prawdopodobnie Babci, około metrowym kawałkiem smyczy. Nie spotkałam się nigdy wcześniej z czymś podobnym, ale po szybkiej analizie połączonej z krótką konwersacją z Wujkiem Google wiedziałam już, że ja też kiedyś będę chciała wypróbować tę metodę.

OCZEKIWANIA

Po co to? Na co to? Komu to potrzebne? Pierwsza moja myśl była taka, że wyprowadzanie jednego dziecka na smyczy jest jednak trochę przegięciem. Nie. Nie dlatego, że to uwłacza jego godności, bo na smyczy to się zwierzęta wyprowadza, a nie dzieci. Tylko zwyczajnie z technicznego punktu widzenia. Sytuacja jeden na jeden. Naprawdę trzeba sobie to dziecko do siebie przywiązać? Chwilę później jednak zobaczyłam, że to może niegłupi pomysł. Około półtora, może dwuletnie dziecko daje nagłego susa w stronę bardzo ruchliwej ulicy, a Babcia jednak już nie taka zwinna. Gdyby nie „uprząż”… Nie będę sobie nawet wyobrażać. Nie powinien mnie w sumie ten widok specjalnie zaskoczyć. Pracowałam przecie z dziećmi w tym wieku. Wiem jakie siły nadprzyrodzone potrafią czasem w nie wstąpić, jeżeli chodzi o nagłe pomysły zmiany kierunku przemieszczania się „bo tak”, bo czemu nie. Od zera do setki w pół sekundy.

Mieszkamy w takiej okolicy, że od wyjścia z bloku prowadzi nas krótki chodnik wprost do trasy wzdłuż bardzo ruchliwej ulicy. Jeżeli chciałabym spróbować wypuścić Twixy na wolność, to bez przywiązania ich do siebie nie widzę takiej możliwości. Już nawet nie chodzi o to, żeby ciągnąć je za sobą, wymuszać na siłę kierunek spaceru, czy ograniczać wolność, co tak walecznie krytykują niektórzy. O nagłe i nieprzewidywalne zrywy się mnie rozchodzi i wielokrotnie wróżone „Oj zobaczysz, jak Ci się rozbiegną w dwie strony to…”

Twixy skończyły 14 miesięcy, lato w pełni, wózek coraz cięższy. Coraz mniejszą przyjemność sprawia mi pchanie go w trzydziestostopniowym upale, a dwa wędzone kluski, nawet mimo jakiejś tam osłony, też nie sprawiają wrażenia super zachwyconych. To chyba odpowiedni moment, żeby spróbować odrobiny wolności w rozsądnie ograniczonej przestrzeni.

Plecaczki znalazłam po prostu na Allegro. Wyboru wielkiego nie było. Kliknęłam, kupiłam. Kosztowały grosze. I dobrze. Nie chcę inwestować nie wiadomo ile w coś, co nie wiem czy w ogóle nam się przyda. Po dwóch dniach przyszły. Zrobiliśmy przymiarkę na sucho, bez smyczy, w mieszkaniu. Następnie rzuciliśmy towar w kąt i tam przeleżał dwa tygodnie. Na eksperymenty nie było za bardzo okazji. Jakoś tak mi się nie uśmiechało wybierać sama z Twixami na pierwsze testy. Podświadomie wolałam nie ryzykować. Jeśli coś pójdzie nie tak? No ale co mogłoby pójść nie tak? Uwaga spoiler: coś jednak mogło…

RZECZYWISTOŚĆ

W końcu nadarzyła się idealna okazja. Wzięliśmy z Ojcem pod pachę po dzieciaku i po plecaku i wyruszyliśmy na podbój dzielni. Córka okazała się testerem kompletnie bezproblemowym. Cały czas szła przede mną, czasami zmieniała kierunek i zaczynała iść w przeciwnym. Ciekawa byłam, jak zareaguje na próbę zatrzymania jej, więc od czasu do czasu przy zmianie azymutu robiłam jej blokadę. Zatrzymywałam się, a potem względnie stanowczo zapraszałam do pójścia w drugą stroną „E! Cho no tu! Tu super jest!” Czy coś w tym stylu. O dziwo nie protestowała. Chyba sam fakt przebywania „na wolności” był tak ekscytujący, że wszystko inne było sprawą drugorzędną. Syn dla urozmaicenia zaprezentował postawę odmienną, że tak to delikatnie ujmę. Tu idę. Nie. Nie idę. Stoję. Siedzę. Leżę. Płaczę. Biegnę w przeciwnym kierunku. Leżę. Nie. Nie. Nie! Nigdzie nie idę! Żartowałem! Jednak idę. Albo może posiedzę. Efekt był taki, że drużyna żeńska pokonała już trasę maratonu, podczas gdy chłopom ledwo udało się przekroczyć granicę terenu pod blokiem, którą określiłabym jako zasięg „Mamo rzuć picie!”. Z perspektywy przyszłego samodzielnego mojego spaceru nie była to sytuacja napawająca optymizmem. Obawiam się, że zakończyłoby się to bieganiem moim za córką z wrzeszczącym synem pod pachą, ale kto wie.

Ja się tego póki co nie dowiem. Po mniej więcej 10 minutach naszego wspaniałego eksperymentu, tester bardziej awanturujący się wywinął niekontrolowanego orła, zaliczając dość spektakularną glebę. No zdarza się. Dzieci się przewracają. Chyba, że są na smyczy. Wtedy wyprowadzacz w postaci takiego Ojca na przykład, mógłby zupełnie odruchowo spróbować za pomocą pociągnięcia za smycz, uchronić potomka przed upadkiem. Mógłby może nawet uchronić. Gdyby w tym właśnie momencie szelki plecaka nie oderwały się od całości. Bo tak to, że tak powiem dupa i kamieni kupa. Syn na glebie, a Ojciec został ze sprzętem w ręku. Luz. Spoko. Wdech i wydech. Syn cały. Nie pierwsza jego gleba i nie ostatnia. Gdyby jednak to nie była gleba, tylko zryw nagły wystąpił wprost pod rozpędzony samochód, to bez wątpienia uprząż ta na nic by się zdała. Prawdopodobny przebieg zdarzeń można sobie dopisać. To już chyba lepiej NIE skupiać się na ciąganiu za sznurki, tylko ćwiczyć zrywy od zera do dwustu km/h najlepiej i najlepiej w mniej niż pół sekundy.

PODSUMOWANIE

Planowałam opisać naszą przygodę ze spacerem z dziećmi na smyczy po co najmniej kilkunastu próbach. Układałam już w głowie zarys tego wpisu. Najpierw nasze początki, za pewne fazę buntu, potem etap dogadywania się, by zakończyć tekst optymistycznym podsumowaniem, jak to zakup plecaczków odmienił nasze życie i dodał niezaprzeczalną, wyjątkową wartość naszym spacerom. Rzeczywistość zweryfikowała jednak i czas testów i mój dzisiejszy wpis. Na jakiś czas odpuszczę sobie temat. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Po pierwsze na chwilę obecną, ze względu na zróżnicowane nastawienie do przemieszczania się na nogach tych dwojga osobników, radosne pląsanie we trójkę raczej nie jest możliwe. Po drugie spacery na nogach będziemy uskuteczniać w miejscach względnie bezpiecznych i przy dodatkowym wsparciu. Jako Matka bliźniąt jestem przyzwyczajona do tego, że u nas nie zawsze może być „normalnie”, więc ewentualna konieczność obstawy, to w sumie żadne zaskoczenie. Po trzecie, muszę zdecydowanie przemyśleć temat sprzętu. Trochę smuteczek, bo koncepcyjnie wydawał mi się wspaniałym rozwiązaniem. Tego konkretnego towaru jednak zdecydowanie NIE polecam, a czy będę szukać innego? Nie wiem. Jak wymyślę, to dam znać na pewno. Chętnie też poczytam o doświadczeniach osób, które korzystały z szelek, smyczy i tym podobnych bajerów. Jeśli jesteś taką osobą, to nie bądź wiśnia. Podziel się wiedzą w komentarzu. Póki co, pokonani przez chińską jakość, odkładamy temat na półkę.

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Inline
Inline