Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Świąteczna gorączka

Od technicznej strony patrząc, płytko i bezdusznie pomijając sferę duchową (choć dla mnie niezwykle istotną), bo to indywidualna sprawa każdego, przygotowania do Świąt to taki niezwykle intensywny czas, kiedy oprócz radości związanej z ogarniającym nas szałem kulinarnym, w tym kilogramami ulepionych uszek i tonami przypalonych pierników w wersji z glutenem, cukrem, jajkiem, tłuszczem zwierzęcym i sztucznymi barwnikami, okraszonymi dźwiękami hamerykańdżańskich świątecznych hitów, mam też do wykonania pewną pracę. Zarówno fizyczną, jak i umysłową. I sama nie wiem do końca, która większym jest wyzwaniem:

Świąteczne porządki.

Tak zwany klasyk. Wszystkie te magiczne czynności, których gdyby nie Święta, nigdy w życiu byście nie wykonali, jak mycie okien, lodówki, wyciągnięcie zdechłego zwierzęcia zza pralki i całe mnóstwo zadań, których żaden normalny człowiek na co dzień i bez wyraźnego powodu nie zrealizuje. Bo po co. Mokra chusteczka i jedziemy: twarz dziecka, dłonie, blat stołu, podłoga, a wolnym jeszcze nie bardzo upieprzonym fragmentem, przelecę telewizor z wierzchu i kurz z dekodera. BEdzie tego. Porządki level Matka.

No więc teraz przedświątecznie zabieram się pieczołowicie, za odkrywanie tych wszystkich magicznych miejsc w moim mieszkaniu, odnajduję zaginione przed kilkoma miesiącami skarpetki, skryte gdzieś za kaloryferem jeszcze z czasów poprzedniego okresu grzewczego. Odkrywam coraz to ciekawsze przedmioty pochowane przez koty w różnych częściach domu jak np.: spinki do włosów, chrupki kukurydziane, rozmaite elementy z kategorii „O! Szukałam tego! Dwa miesiące temu…”. To ten piękny, sentymentalny czas, kiedy przypominasz sobie jaki kolor miały kiedyś ściany, gdy ścierasz kurz z zegara czy rodzinnych fotografii. Podobno zdjęcia można też wieszać na prawdziwej ścianie, a nie tylko na fejsbuniu. Nie wiem tego. Jestem blogerKOM .

Jest taki program typu Perfekcyjna Pani Domu tylko w wersji ekstremalnej. W jednym z odcinków pewna angielska rodzina podczas odkopywania własnego domu znalazła za kanapą kota. Cudzego. Żył na szczęście nieborak. Piękna sprawa. Myślę, że w wielu domach jest to obrazek idealnie oddający magię przedświątecznych porządków.

 

Rozmowy z bliskimi.

Urocze, ciepłe słowa, życzenia wszelkiej pomyślności, planowanie świątecznych wypieków… ta jasne.  Rozmowy z najbliższymi w okresie przedświątecznym to hardkorowa jazda bez trzymanki, jedno wielkie piekło, układanka godna tylko najtęższych umysłów, bo strach się do kogokolwiek odezwać, żeby nie wystrzelać się z powierzonych tajemnic prezentowych. To trochę taka świąteczna matematyka. Całe mnóstwo zbiorów składających się z osób zaangażowanych w kupno prezentów. Te zbiory częściowo się pokrywają, ale tylko pewien niewielki fragment informacji może być wspólny. I jeżeli na fejsbuniu masz otwarte dwanaście różnych okienek czatu, w  każdym jest mniej więcej ta sama grupa ludzi, pomniejszona o jedną, dla której prezent jest właśnie omawiany, to wiedz, że Święta tuż, tuż. Spróbuj się więc nie jebnąć w tym, do kogo piszesz i komu jakich informacji udzielisz. Najbezpieczniejsze rozmowy w tym okresie ograniczają się gównie do : pogody, samopoczucia i planów na obiad. Można spróbować o polityce. Ale po co się w tym pięknym okresie denerwować. Przed poruszeniem każdego innego tematu lepiej policzyć do dziesięciu, zanim np. z dumą radośnie oświadczysz osobie z którą rozmawiasz, że jakby co to zamówiłeś już tę książkę.. tę… szit… co dla rozmówcy właśnie jest przeznaczona.

 

Świąteczna sklepowa aura.

Centra handlowe rozbrzmiewające dźwiękami dzwonków, świecące jak psu jajca na wiosnę dekoracje, krzyczące wręcz prosto w twarz (czy tego chcesz czy nie) „Raduj się! Teraz! Szybko!”. Kuszące świąteczne promocje typu: tylko dziś! Świąteczna oferta! 50zł zamiast 80zł! Kiedy każdy odrobinę orientujący się człowiek wie, że na co dzień nie zapłacimy za przedmiot więcej niż 40zł. I ten gwar, „radosny” gwar wpadających na siebie osób, poganiających się nawzajem. Bo zawsze znajdzie się jakiś tak zwany „turysta”, który zamiast sprawnie przemieścić się z punktu A do punktu B, krokiem marzyciela przemierza alejki sklepowe rozglądając się to na boki, to gdzieś w niebiosa jakby objawienia nie wiem jakiego dostawał i głosy anielskie z góry dobiegały wraz z melancholijnym brzmieniem harfy. Towarzyszy mu oczywiście jego pięcioosobowa rodzina, również z załączonym statusem „zwiedzanie”. Ludzie! Na spacer idźcie do parku!

Do tego dochodzi syndrom „nagłego zgonu”. Przemieszcza się taki osobnik, może i w miarę żwawo i nagle w niezapowiedzianym i nie zdradzającym nawet odrobiny sensowności momencie następuje odcięcie zapłonu. „Stoję!”. Nie, że „Współtowarzysze zakupowego szaleństwa. Uprzedzam. Będę się chciał zatrzymać”, nie, że: „Uwaga zatrzymuje się!”, a właśnie „Stoję!” . Czasem mam wrażenie, że wśród osób poruszających się w zatłoczonych miejscach publicznych powinny obowiązywać jakieś zasady, przepisy, jak np. te określające poruszanie się w ruchu drogowym. Np.  mkniesz aleją sklepową, oczywiście środkowym pasem, bo wtedy najlepiej widać witryny po obu stronach. Postanawiasz wejść do jednego ze sklepów lub natychmiast zaczekinować się na fajsbuniu. Zerkasz w boczne lusterka/rozglądasz się. Postawą przynajmniej dajesz poznać otoczeniu, że coś kombinujesz. Kulturalnie i płynnie pomiędzy innymi pojazdami objuczonymi zakupowymi siatami niczym wielbłądy turystami w Egipcie zjeżdżasz na pobocze. Tam parkujesz i cieszysz się chwilą spokoju na sprawdzenie Instagrama lub po prostu wjeżdżasz do sklepu. Można? Można. Bez stłuczek, bez popchnięć. Miło i kulturalnie.

 

Tak. Święta to magiczny czas dlatego również, że udaje nam się w jakiś równie magiczny sposób przetrwać okres przygotowań…

Trololololo…

Tak sobie tutaj troszkę dworujemy, a przecież to OCZYWISTE, że i tak kocham ten czas… 🙂

GRUDZIEŃ LUDZIE!!!

Inline
Inline