Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

W kręgu znawców czyli podróż z wózkiem przez miasto

Luty. Połowa. Druga połowa w zasadzie. Coś koło dwudziestego. Czyli w zasadzie prawie marzec już, a jak marzec, to wiosna przecie. Nie zaskakuje mnie więc wcale marznąca kupo-śniego-mżawka, wiatr urywający głowy i depresyjnie wyjący, próbując przebić się przez mikro szczelinę w oknie. Niebo w kolorze koniec-świata-już-blisko-bo-na-noc-o-12-w-południe-raczej-szans-nie-ma. Podsumowując – idealna pogoda na wycieczkę na druga stronę miasta. Sporego jednakowoż. Z wózkiem bliźniaczym i dwudziesto-kilogramową zawartością w komplecie.

Punkt pierwszy metro

Przedostając się jakoś w miarę zgrabnie przez osiedlowe korytarze powietrzne, nie gubiąc folii przeciwdeszczowej, żadnego z Twixów, ani entuzjazmu związanego z podróżą, docieramy do stacji metra. Winda. Jest. Działa. Wspaniale. Nie jest to wcale tak oczywiste i zdarzało nam się już nacinać na awarię i informację w stylu „najbliższy taras widokowy we Wrocławiu”. Tym razem jednak idzie gładko. Tylko jedna lekko puchata Pani z tobołami zawierającymi wyposażenie lodówki dla na oko co najmniej 14 wnuków, która niestety nie mieści się z nami do windy i musi poczekać na kolejną rundę, śle nam lekko skrzywione spojrzenie mówiące o jej ewidentnym niezadowoleniu, kulturalnie jednak na głos nie mówi nic.

Wsiadamy do metra. Jak na przykładną Matkę z wózkiem przystało, na koniec wagonu, w miejscu oznaczonym stosowną nalepką. Nikt nas tu nie ruszy i nikt nie ma prawa, bo to miejsce dla takich jak my właśnie przeznaczone. Żeby się tu zakotwiczyć, okopać i spędzić tyle czasu ile chcemy, rozrzucając chrupki dookoła, sprawdzając tym samym jak działa grawitacja i czy Matka jest w stanie walczyć z siłą tegoż przyciągania. Pierwsze 17 osób, które dosiada się kolejno na najbliższych stacjach nie robi absolutnie żadnych problemów, że barykadujemy 3/4 przestrzeni w okolicach drzwi. Przy 18 robi się już lekko nerwowo. Pojawiają się delikatnie świdrujące spojrzenia z gatunku „a może by Pani jednak wyparowała stąd z tym czołgiem”. Twardo ignorując, nie przejmuję się, gdy kolejna dosiadająca się osoba czyni niezwykle głośną i wymowną w swym tonie uwagę „Może byśmy się tak przesunęli bardziej wgłąb!” po czym zerkając na nas dodaje „Aha. Nie da się. No tak…”

Jakby ktoś się kiedyś nad tym zastanawiał, to spieszę wyjaśnić. To nie przypadek, ani przymus, ani żadna siła wyższa kieruje nas w stronę publicznego transportu. ZAWSZE wybieram pory na przejażdżkę komunikacją miejską poprzez przeprowadzenie stosownych badań społecznych, testów, analizy ankiet dotyczących natężenia ruchu w pojazdach typu metro, autobus czy tramwaj. Celuję w okres największego ruchu, po to, żeby Panu co się spieszy, bo za późno wyszedł z domu i 16 raz w tym miesiącu spóźnia się do pracy, której oczywiście nie lubi, mógł się jeszcze bardziej powkurwiać, bo jakiś gabaryciasty podwójny powóz zajmuje jego nienaruszalną przestrzeń tuż przy ostatnich drzwiach ostatniego wagonu. Ze smutkiem i niezwykle wielkim ubolewaniem przypomnę, iż miejsce to jest przeznaczone dla pojazdów typu My lub rowerów w pierwszej kolejności, a nie sfrustrowanych spóźnialskich, którzy nie mając czasu na czekanie na kolejny pociąg wbijają się w ostatnim momencie zamykających się drzwi na tą nieszczęsną ścianę ściśniętych pasażerów, którzy męczarnie muszą przeżywać, bo znowu to zrobiła. Znowu jakaś Matka postanowiła wybrać się na przejażdżkę metrem, jakby już parków nie było, a w ogóle w taką pogodę? Boga w sercu nie ma. Na bank.

Delikatnym szarpnięciem niby przypadkowym wózka przypominam 4 osobom, że rama, choć szeroka i zapewne wygodna naszego wózka, nie służy jednak do opierania siebie lub swojej 14 kilogramowej torebki i chwilę później opuszczamy ten środek lokomocji. Nadal jest miło. Matka w formie. Twixy spały, do momentu aż Pan z głośnika nie poinformował bardzo dosadnie nas, wszystkich pasażerów łącznie z niesłyszącymi i zmarłymi chyba również, jeśliby się nie daj Boże tacy trafili, na jakiej stacji się zatrzymujemy i gdzie możemy się przesiąść. Generalnie nadal jest super.

Punkt drugi tramwaj

Wydostanie się ze stacji metra wymaga od nas 2 przejażdżek windą. Za jednym razem udaje nam się zmieścić nie tylko z towarzyszącą nam Babunią i Wujaszkiem, ale i obcą nam starszą Panią, która gestem i sarkastycznie brzmiącym parsknięciem „Proszzzz..” nakazuje nam pierwszym wsiąść do windy. „Zmieścimy się, zapraszam.” Zachęcam uprzejmie Panią. „WIEM, że się zmieścimy”. Odpowiada niezwykle „ciepło”. „Mam w zwyczaju UDZIELAĆ PIERWSZEŃSTWA takim maluszkom i ich MAMIE”. Dodaje, mierząc spode łba Babunię i Wujaszka, jak komornik szafę mimo, że sama przed chwilą puściła ich przodem, żebyśmy mogli pojechać razem. Kolejna lekcja życia. Nigdy nie daj się przepuścić starszej Pani w windzie. To na pewno podstęp.

Na przystanku tramwajowym pozostaje jedynie chwilę oczekiwać na właściwy pojazd. To dobrze, bo z nieba leci już chyba wszystko. Krótka refleksja wypowiedziana na głos pt. „dobrze, że wszystkie trawmaje są już niskopodłogowe” dzieli nas od tego, by zmierzyć się z wsiadaniem do tramwaju NIEniskopodłogowego, po dokładnie 3 stopniach. Ale nie chce nam się czekac na następny. Pada, jest zimno. Damy radę. Po w miarę żwawym rozdzieleniu funkcji, chwytamy z Babą czterokołowego potwora z przodu, z tyłu, jedno szarpnięcie, drugie, piąte, szesnaste i już jesteśmy w środku. Sukces. Już wiem, że będzie to wspaniała podróż. Wszyscy pasażerowie są tak zapatrzeni w szyby lub w cokolwiek tylko nie w tarabaniący się bez sensu po schodach wózek, że tam gdzieś, gdzie patrzą, MUSI dziać się coś niezwykłego. Ekscytacja level milion. Spokój nasz tylko zaburza głos jakiejs osoby płeć żeńska, wiek dojrzały na tyle by najlepiej znać życie. „Pomóc?”. W czym konkretnie? Myślę sobie. Skoro już się wtarabaniliśmy, ale że jestem miła i grzeczna, a przynajmniej tak mnie Mama wychowywała, a stoi tuż obok, to tylko kulturalnie i z uśmiechem na twarzy odpowiadam, że nie, że dziękuję, że wszystko jest ok. „No podziwiam naprawdę” nie odpuszcza osoba tonem kipiącym sarkazmem i wzrokiem mówiącym jak bardzo nie jest zadowolona z mojego postępowania, jako Matki nieodpowiedzialnej co najmniej. „No, w taką pogodę. Podziwiam” Dodaje, chociaż wiem, że to co ma na myśli dalekie jest od podziwu, jak wspomnienie sierpniowej plaży w mroźny grudniowy poranek przy -15’C. Nadal nie odpowiadam i po kilku westchnieniach dotyczących stanu aury za oknem, naszych gabarytów, wieku dzieci itp. przestaję jej słuchać.

Zbliżamy się do miejsca wysiadki. Po krótkiej wymianie zdań z Babunią ustalamy strategię. Ustawiamy się do wyjścia budząc tym samym do aktywności niezwykle najwyraźniej zaangażowaną w nasze  życie wspomnianą wcześniej osobę.

„Tyłem! Tyłem się wysiada!”

„Słucham?”

„Tyłem trzeba wysiadać! Odwrotnie!”

„Dziękuję. Poradzimy sobie.”

„Ale nie tak! Zawsze się tyłem wysiada!”

„Może chce Pani? Bardzo proszę.” Gestem sugeruję Wieszczce, aby sama zajęła się wyprowadzeniem nas na zewnątrz, zamiast mnie z równowagi.

„A nie, nie, ja to nawet pojedynczego bym nie dała rady.”

„W takim razie dziękuję za wspaniale porady.” Żegnam się z Panią wzbijając się na wyżyny cierpliwości. Wysiadamy z tramwaju „naszą” metodą. Zajmuje nam to 5 w porywach do 7 sekund. Kątem oka widzę tylko kiwanie głowy niezadowolonej z odrzucenia takiego ogromu wiedzy i doświadczenia osoby. Tramwaj odjeżdża. Ruszamy dalej.

Punkt trzeci winda

Winda w bloku z czasów zdecydowanie nie znających gabarytów naszego wózka. Nie mniej jednak próbujemy. Nie udaje się. Mija nas jedna osoba pod nosem rzucając „O… nie zmieści się”. Nie no co Ty? Serio? Wypakowuję dzieci. Wręczam Babuni. Jadą na górę, a ja zostaję z wózkiem. Szamocząc się ciut tylko z przemoczoną folią, torbą wózkową, zimowymi śpiworkami i odrobiną narastającego jednak gdzieś od momentu wysiadania z metra wkurwa, udaje mi się złożyć wózek i podjąć kolejną próbę zapakowania go do windy. Z kolejnej nadjeżdżającej wyłania się żeńska postać. Z półuśmiechem i niekrytą satysfakcją rzuca „Eee. Nie zmieści się”. No kurwa. Zbierając wszystkie wewnętrzne siły, ostateczne resztki pokładów czegoś, co godzinę wcześniej można było nazwać opanowaniem, biorę zamach i ruchem zdecydowanym, jakby od niego zależało moje życie, wpycham sprasowany stelaż ze spacerówkami do windy, nie spuszczając nawet na ułamek sekundy mojego triumfalnego wzroku z osoby, która mrucząc tylko aprobujące „No, no.” postanawia jednak oddalić się i zająć własnym życiem, a przynajmniej nie moim.

To był wspaniały pomysł i piękna podróż. Dotarliśmy. Udało się. Teraz pozostaje tylko wrócić…

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ.

Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała.

Nie krępuj się. Możesz też udostępnić.

Komentuj. Koniecznie daj znać, co o tym wszystkim myślisz.

Inline
Inline