Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

„Wiedziałam, że musi być dobrze” – historia narodzin pewnych bliźniąt

Wiele razy wyobrażałam sobie moment, kiedy okaże się, że jestem w ciąży. Wyobrażałam sobie reakcje moich bliskich, przetwarzałam w głowie sposób, w jaki im to oznajmię, wyobrażałam sobie jak to będzie być w ciąży. Kiedy nadszedł upragniony moment i do tego okazało się, że to bliźniory, myśli było wiele, ale to już wie każda duomama. Zresztą nie o tym ma być ten tekst.

 

Wierzę w magię dat i ona sprawdziła się i w tym przypadku.

  Wizyty lekarskie miałam umówione do 36 tygodnia ciąży z uwagi na fakt, iż lekarz prowadzący moją ciążę ma niezwykle oblegane terminy.  17 października w poniedziałek przypadała ostatnia umówiona wizyta. Wiadomym było, że z uwagi na ciążę bliźniaczą, rozwiązanie nastąpi szybciej niż w przypadku ciąży pojedynczej. Nastawiałam się pozytywnie przez całą ciążę, wierząc, że donoszę Srajtki do końca 36 tygodnia, a może i dłużej. Kiedy na wizycie lekarskiej w 30 tc okazało się, że nie wszystko jest w porządku, przestraszyłam się. Nie chciałam jeszcze rodzić, wiedziałam, że to znacznie, znacznie za szybko. Czułam, że moje Asy nie są na to gotowe, tak jak i ja. Trudno, pomyślałam, trzeba poleżeć w szpitalu, to poleżymy. Podkurują nas, podkarmią Asy sterydami na rozwój płuc i wypuszczą na wolność.

Było piękne lato, kiedy musiałam spakować torbę do szpitala.

  Nie było wyjścia, spakowałam też torbę dla bąbli, bo przecież ‘przezorny zawsze ubezpieczony’. Wytłumaczyłam mężowi co, gdzie i jak jest spakowane i pozwoliłam się położyć w szpitalu. 🙂 Moja szpitalna wizytacja trwała tydzień, byłam niezmiernie szczęśliwa, że wypuszczają nas na wolność zgodnie z moimi przewidywaniami. Po dwóch tygodniach pojawiłam się na wizycie kontrolnej u lekarza prowadzącego, niestety sytuacja znowu nie była zadowalająca, więc ponownie zostałam skierowana do szpitala. Tym razem wiedziałam, że tak łatwo się nie wywinę i zostanę już do porodu, żeby moja córka była cały czas pod kontrolą. Codzienne monitorowanie ktg, szpitalna dieta ‘ciężarnej cukrzycowej’ zwanej przez pracownicę firmy cateringowej ‘cukiereczkiem’, coraz cięższy brzuch i nieustanne w nim skakanie mojego syna sprawiało, że miałam ochotę uciekać stamtąd każdego dnia.

Co dzień słyszałam od lekarzy: ‘leżymy i dojrzewamy’.  

No to grzecznie leżałam, a właściwie spacerowałam po szpitalnych korytarzach, wytupując ścieżki mojego znużenia tymi samymi twarzami, ścianami, kolorami i nocnymi pobudkami przez rodzące koleżanki z sąsiednich sal. Dłużyło mi się okropnie, nie przywykłam do ‘nicnierobienia’, więc odliczałam dni, przeżywając jednocześnie coraz większy stres przed porodem. Przestałam dobrze spać, przestałam jeść, chudłam i zapadałam się w bezdenne czeluści betonowych szpitalnych myśli.

Któregoś dnia po badaniu Pewna Pani doktor zaczęła namawiać mnie na poród siłami natury.

Jak? Ja? Nigdy! Przenigdy! Prędzej umrę niż skorzystam! Dziękuję, postoję! Poprzeczne ułożenie mojej córki podobno nie było wskazaniem do cesarki, podobnie jak sam fakt ciąży bliźniaczej. Umierałam ze sto razy na samą myśl o porodzie i okołoporodowych tematach, jak np. odejście wód, czy tzw. bóle krzyżowe… Codziennie budziłam się w nocy i sprawdzałam, czy przypadkiem nic ze mnie nie wypływa, bojąc się utraty wód płodowych.

Tydzień przed finalnym rozwiązaniem mojej ciąży, powiedziałam do moich towarzyszek szpitalnej niedoli, że 17 października będę miała cc. Zapytana czy ustaliłam to z lekarzem, odpowiedziałam, że nie, po prostu to wiem. Koleżanki śmiały się z mojej fantazji. 🙂 Dlaczego taka data? Otóż kilka lat wcześniej 17 października przeżyłam poronienie.

Od początku ciąży bliźniaczej, wiedziałam, że fakt, iż będę miała dwa małe Srajtki jest swego rodzaju nagrodą czy też zadośćuczynieniem tego, że straciłam poprzednie dziecko.

W sobotę 15 października zadzwoniłam do koleżanki psycholożki z zapytaniem, czy mogłaby, z uwagi na mój potworny strach przed porodem, wystawić mi zaświadczenie o wskazaniu do cesarskiego cięcia.

16 października, w niedzielę o godzinie 18.00 z minutami wysłałam mężowi sms ‘cesarka już’.

Przed godziną 19.00 moje dzieci były już na świecie. Strach przed porodem, bo tak, cesarka to też poród, był ogromny. W momencie, w którym kazano mi natychmiast, jeszcze w szpitalnym pokoju badań, przebierać się w jednorazową koszulę, miałam tryliony ton myśli – czy to dobrze, że poród odbędzie się właśnie w ten sposób? Nie miałam wyboru, życie mojej córki było zagrożone, reakcja musiała być natychmiastowa. Obraz ktg z całego tego dnia pokazywał, że z Małą dzieje się coś niedobrego. Obraz był bardzo wąski, co świadczyło o tym, że ma coraz mniej sił. Po badaniu przepływów pępowinowych okazało się, że są już patologiczne, więc decyzja o rozwiązaniu ciąży była niemal natychmiastowa.  Mój mąż pojawił się w szpitalu chyba w ciągu 5 minut. Powiedział, że mnie kocha, że czeka i że wszystko będzie ok. Odprowadził mnie wzrokiem i potem było już coraz więcej strachu ale i spokoju, że teraz może być tylko lepiej, bo zaraz na świat przyjdą moje dzieci.

Nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś pójdzie nie tak, albo, że z dziećmi będzie coś nie w porządku.

Musiało być dobrze. To ja sama przecież wyznaczyłam sobie ten czas na rozwiązanie ciąży i to ja sama od początku wiedziałam, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie. Czyli wszystko po mojej myśli. Kiedy siedziałam na wózku pchanym przez położną (nota bene opieka położnych w tym szpitalu była rewelacyjna), trzęsłam się jak osika. Pielęgniarka okrywała mnie kocem, bo nie mogłam opanować drżenia nóg. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Moje ciało odreagowywało stres, w głowie panował spokój. Wiedziałam, że musi być dobrze, ale czułam potworny strach.

Korytarz, winda, drzwi na porodówkę, korytarz…usłyszałam jeszcze ‘dziewczyna nie jest na czczo’…

No nie byłam, zjadłam godzinę wcześniej jogurt z owocami i całe opakowanie rodzynków w czekoladzie. Nikt się przecież nie spodziewał porodu… Nie chciałam wtedy rozmawiać z nikim, nawet z najbliższej rodziny, poza moim mężem. Wiedziałam, że muszę skupić się tylko na tym jednym zadaniu – wydać na świat ZDROWE dzieci. Łóżko w Sali operacyjnej, usiadłam. Jakiś miły lekarz z bardzo miłym głosem, tłumaczył mi co będzie się działo, kiedy i co wkłuje, po co to zrobi. Odpowiadałam, kiwałam potakująco głową. Zapamiętałam tylko tyle, że mogę wymiotować… Schyl się, zastrzyk znieczulający, parawan, kroplówki. Słucham. Słyszę rozmowy lekarzy, ogarnia mnie spokój, że wszystko będzie dobrze.

Czuję szarpnięcia i słyszę komendy wypowiadane przez Panią Doktor. Nasłuchuję płaczu dziecka….

JEST! Jestem pewna, że to mój syn. Nie mylę się. Czekam na kolejny płacz, czuję szarpnięcie, nasłuchuję, słyszę jak lekarz mówi, że JEST, czekam na płacz, dlaczego…. JEST! Uffff. To były sekundy, a ja miałam wrażenie, że trwa to strasznie długo. Nagle słyszę Panią Doktor ‘Jakie ładne dzieci, takie zaróżowione i gładkie’. Myślę sobie, ładna matka, ładne dzieci, a jakże by.

Nie zobaczyłam dzieci, nie wiem dlaczego nie pokazano mi wtedy bąbli.

Do dziś tego nie wiem. Zostały natychmiast zabrane do Sali obok na badania. Słyszałam, jak mój syn płacze. Pytałam, czy to moje dzieci tak płaczą. Potem było mi już wszystko jedno. Usłyszałam podczas kolejnych etapów, że miałam skrzep w macicy, co świadczyło o tym, że odklejało się łożysko. Nagle usłyszałam głos miłego Pana Doktora: ‘dane dzieci’….Czekam, myślę sobie, jakie dane mam mu podać? On powtarza ‘dane dzieci…..czy chce pani poznać dane dzieci?’ TAT,TAK, to znaczy POPROSZĘ, poprawiam się.

‘Syn, waga 2900g, długość 51 cm, urodzony o 18.55, 10 pkt w skali Apgar’ Ufff I dalej: ‘Córka, waga 2030g, długość 49cm, urodzona o 18.56, 10 pkt w skali Apgar’

JEST JEST JEST – krzyczałam w głowie. Teraz niech się dzieje ze mną co chce, pomyślałam i nagle poczułam, jak chce mi się wymiotować. Pielęgniarka z pełnym spokojem zdjęła mi maseczkę i pozwoliła ulżyć memu żołądkowi. Niewiele pamiętam z tego, co potem, bo to nie było istotne. No może poza tym, że okazało się, że po morfinie zaczęłam odpływać i tętno spadało mi na łeb na szyję, a ja gadałam jakieś głupoty przez całą noc.

Dzieci zostały zabrane na oddział noworodkowy na całą noc i pół kolejnego dnia.

Zostały mi ‘dostarczone’ dopiero po interwencji mojego męża. Właściwie nawet pediatra nie umiał odpowiedzieć dlaczego dzieci nie dotarły do mnie wcześniej, skoro były zdrowe i pełne sił witalnych. Mąż pokazywał mi zdjęcia dzieci, bo On mógł być przy Nich na oddziale.

Moja pierwsza myśl była trudna: ‘moje dzieci są brzydkie’. Nie wypowiedziałam tego głośno, bo zaczęłam obawiać się depresji poporodowej, bałam się, że sobie nie poradzę, kiedy pielęgniarki przywiozą mi dzieci, bałam się, że nie staną się nagle piękne, bałam się, że mogę ich nie chcieć….

To trudne myśli, które wypowiedziałam głośno dopiero kilka dni po fakcie. Bałam się nawet głośnego ich wypowiedzenia…. Kiedy jednak przywieźli nasze dzieci, a ja spojrzałam na Nie pełna obaw, zobaczyłam dwa całkiem ładne śpiące szkraby. Uznałam, że są dużo ładniejsze niż na zdjęciach. Z dnia na dzień stawały się w moich oczach jeszcze piękniejsze. Wizja depresji minęła bezpowrotnie.

Czułam jak rozkochują mnie w sobie z każdą sekundą mocniej.

Płakałam…ze szczęścia, jak większość świeżo upieczonych matek naszpikowanych hormonami. W szpitalu spędziliśmy 8 dni, niezmiernie szczęśliwa w deszczowy poniedziałek wychodziłam z Asami poznać nasz nowy wspólny świat. Tym bardziej, że nie mogłam liczyć na pomoc ze strony personelu noworodkowego w szpitalu. Ten sam szpital, dwa różne oddziały i tak ogromna różnica w podejściu do pacjenta.  Opieka na patologii ciąży bez zarzutu, wręcz idealna, a na położniczym kompletnie odwrotnie. O ile opieka nade mną ok, o tyle pielęgniarki noworodkowe miały tysiąc innych zajęć, niż pomoc w opiece nad dziećmi. Niestety z uwagi na fakt, iż dzieci przyjechały do mnie dopiero po 20 godzinach od porodu, miałam trudności z karmieniem piersią, a personel jedynie mówił o pomocy, a nic za tym nie szło….

Patrząc na to wszystko z dystansu, myślę sobie, że w całym tym ambarasie to miało jednak najmniejsze znaczenie. Najważniejsze było to, że mogłam przytulić moje Asy. I tak już zostało.

Jestem pewna, że nie można się przygotować na taki czy inny przebieg wydarzeń okołoporodowych, bo najczęściej i tak okazuje się być inaczej. Najważniejsze to chyba jednak wierzyć, że cokolwiek się stanie, damy radę. Przecież duomamy to niezłe bohaterki.

Ja jestem mamą bliźniaków, a jaka jest Twoja supermoc?

Mama M. i T.

 

To jest historia pewnej TwinMamy. Opisana przez nią, jej własnymi słowami. Jeżeli masz ochotę podzielić się swoimi wspomnieniami z porodu napisz do mnie na matka@twinmama.pl

Mamusiu M. i T. dziękuję pięknie za tak cudownie opisany kawał Waszej historii!

Inline
Inline