Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

Zamiana łóżeczka na „dorosłe” łóżko

Nazwijmy rzeczy po imieniu. Bez owijania w bawełnę. Wypuszczając towarzystwo na bezszczebelkowe legowisko narażamy się na cały wachlarz możliwych komplikacji:

A co jeśli wypadnie na głowę?

A co jeśli wylezie w nocy lub nawet rano, a ja się nie obudzę i zdemoluje pół domu albo zrobi sobie krzywdę?

A co jeśli będzie wędrował pół nocy?

A co jeśli pozbawiony szczebelkowego więzienia wpadnie na pomysł, że dzień można zacząć o 5 rano?

A może lepiej zostawić tak jak jest? Dopóki nie znajdzie sobie jakiegoś miłego pokoju w studenckim akademiku tuż przed pierwszym rokiem?

To by w sumie nie było głupie. Uniknęlibyśmy  problemu  zbyt późnych powrotów do domu po „to było tylko jedno piwo mamo!” lub nieprzewidzianych „Zostałam u Kaśki i wyładował mi się telefon i jej też i nie było prądu, ale uczyłyśmy się całą noc. Przy świeczkach. Tak właśnie było! Promis!”

Mówiąc jednak odrobinę bardziej serio, prędzej czy później przychodzi w życiu rodzica taki moment, kiedy zaczyna rozważania na temat wyjęcia szczebelków, zdemontowania całego boku lub wręcz przeprowadzki do łóżka takiego już całkiem dorosłego. Jak powinniście ugryźć temat? Kiedy najlepiej się za to zabrać? A skąd ja mam to wiedzieć!? Powiem natomiast, jak było u nas. Może pomoże.

 

 

Akcja „Łóżko” przebiegła dość nagle i w nie do końca zaplanowany sposób.

Wszystko zaczęło się niewinnie od innej akcji o kryptonimie „Smoczek”, o której pisałam TUTAJ. Generalnie dręczona wyrzutami sumienia, spowodowanymi odebraniem przedsennego rytuału ciumkania, postanowiłam dać Twixom coś w zamian. Podrzucić coś, co zachęci ich do usypiania „po nowemu”, uatrakcyjni i zmniejszy poczucie straty. Ten cel udało mi się osiągnąć poprzez zdemontowanie boku ich łóżeczek.

Na początku towarzystwo za bardzo nie skumało co się właściwie wydarzyło, ale kiedy zrozumieli ogólną dostępność wyrka i możliwość baunsowania po materacu, zabawom nie było końca. Było skakanie, było wchodzenie i wychodzenie, była zamiana łóżek i wspólne wylegiwanie się w jednym. To wszystko oczywiście w ciągu dnia, poza porą drzemki.

Kiedy nadszedł czas popołudniowego odpoczynku, jak zwykle zaczęliśmy od wyboru lektury. Każdy sięgnął na półkę po ukochaną ostatnio Peppę i padło hasło „Idziemy do łóżek”. O dziwo, bez zbędnych ceregieli i protestów Twixy zameldowały się, każde na swojej pozycji. Po przeczytaniu bajki rytualny buziak, „Miłej drzemki. Do zobaczenia. Pa!” i wychodzę, zgodnie ze starym zwyczajem. Tu sytuacja obrała następujący obrót. Młody odwrócił się na drugi bok i po chwili zasnął. Siostra natomiast podjęła próbę w stylu „A co się stanie jeśli wyjdę z łóżka?” Spokojnie tłumacząc co i jak i o co chodzi teraz w całej tej procedurze odprowadziłam Młodą do wyra i po 2-3 razach i krótkim buncie zakończonym pokojowym przytulakiem również zasnęła.

Pierwsza drzemka syna była totalnym sukcesem. Przekimał bez problemu bite 2 godziny. Siostra natomiast po 30 min obudziła się i … przetransportowała do mojego łóżka gdzie niechcący utraciłam wcześniej przytomność. Tam dokimałyśmy razem pozostały czas drzemki.

Przebudzanie i wędrówka do dużego łóżka w ciągu dnia miała miejsce jeszcze kilka razy, aż do kolejnej zmiany, ale o niej za chwilę.

W kwestii zasypiania wieczornego i przesypiania nocy nie wydarzyło się absolutnie nic spektakularnego. Rytuał pozostał podobny, czyli każdy chwyta książkę, czytanie, Matka wychodzi i już. Zdarzały się oczywiście pojedyncze próby opuszczenia legowiska przez nieletnich.  Z resztą zdarzają się do tej pory. Jednego wieczoru były to dwa marsze pod drzwi, innego jeden, a jeszcze innego 10. Do tej pory zasypianie zawierało element smoczka i szczebelków dookoła. Nie należy się więc dziwić, że wprowadzenie dwóch zmian jednocześnie jakoś tam zaburzyło te nasze wcześniejsze zwyczaje, ale generalnie bez tragedii.

Drzemki w ciągu dnia bardzo szybko się ustabilizowały. Raz trwają godzinę, raz dwie, ale już wcześniej mieliśmy takie wahania. Dążyliśmy do wypracowania nowego rytuału, żeby się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć i chyba nam się udało. Procedura jest już stała. Czas trwania akcji zmienny, ale też bez dramatu. Śmieszne są tylko strasznie z tym obkładaniem się Peppą. Wszystkie miśki świata mogę nie istnieć, ale zawsze na poduszce musi być książka.

Bok łóżka to za mało?

Pomysł z wymianą łóżeczek na większe w zasadzie przyszedł do nas z zewnątrz. Po prostu nadarzyła się super okazja odkupienia od znajomych, znajomych, znajomych akurat odpowiadających nam wyrek, w fajnym stanie i do tego za grosze. Żal było nie skorzystać. Zmiana ta okazała się strzałem w dziesiątkę.

O ile Twixy były zadowolone z możliwości samodzielnego wchodzenia i wychodzenia z łóżeczek, o tyle przestrzeń do spania i turlania się, jaką zyskały wraz z nowymi posłaniami, była wręcz oszałamiająco zachwycająca. Ewidentnie widać, że towarzystwo pokochało nowe spanie miłością od pierwszego po materacu turlnięcia.

Przejdźmy teraz do obaw wymienionych na początku tekstu.

Wyłażenie z łóżeczek

Twixy nie wychodzą z łóżeczek w środku nocy. Generalnie chyba kumają nadal, tak jak do tej pory, że noc jest od spania i całkiem chętnie z tego przywileju korzystają. Wspomnę tylko o jednym wyjątku, kiedy to Potomek przysporzył Starych o zawał serca, wychodząc nagle koło północy z łóżka na autopilocie, pomrukując pod nosem „Pepę.. Pepę.. Pepę..”, pomaszerował w kierunku szafki z książkami, wziął opowiadania o ukochanej śwince i bez zawahania wrócił na swe posłanie celem dalszego snu. To był wyjątkowy wyjątek.

Wypadnięcie z łóżka

Zdarzyło się raz. Kiedy Młody miał napad wścieklicy przedsennej i rzucał się po całym łóżku dość dobitnie komunikując co myśli na temat konieczności pójścia spać teraz. Nic się nie stało. Wszyscy przeżyli. Technicznie rzecz biorąc to bardziej energicznie wyturlał się. Umówmy się. Te łóżka nie są cztery metry nad ziemią. Przez sen też nie powypadały. Z resztą po obu stronach zamontowane są barierki mające zabezpieczyć przed ewentualnym upadkiem. Obserwując jednak nocne wędrówki po materacu, wraz z kołdrą, poduszką, książką lub dwiema, w te i z powrotem, z ośmioma obrotami wokół własnej osi za każdym razem stwierdzam, że taki nasz, prawie, dwulatek jeden z drugim całkiem nieźle ogarnia już gdzie jest łóżko, a gdzie go nie ma.

Wcześniejsze pobudki

Tutaj trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć co się wydarzyło i czy coś w ogóle uległo zmianie w kwestii godziny pobudek. Warianty są dwa. Zaczęły budzić się mniej więcej czterdzieści minut do godziny wcześniej lub budzą się o tej samej godzinie co do tej pory. Tyle, że wcześniej nie miały możliwości wypełźnięcia z wyra i niezwykle subtelnego wybudzenia Matki i Ojca poprzez przyrżnięcie Peppą po czaszce. Spokojnie. Peppa jest w miękkiej okładce. Reasumując tak, owszem, sen rodzica został odrobinę skrócony. Jednak wydaje mi się, że przerzut z 8:30-9:00 na 7:30-8:00 nie jest jakimś dramatem. Poza tym nie demonizując  już tak strasznie tych pobudek, bywają takie ranki, kiedy wstajemy dopiero na dźwięk budzika, aby zastać towarzystwo w ciszy skupione na lekturze. Każde we własnym wyrku. Magia drodzy Państwo.

Poranna demolka

Nie wiem jakby było w przypadku samodzielnego pokoju. Twixy śpią z nami w sypialni, więc jakoś tak naturalne wydawało mi się, że wraz z otworzeniem oka zapragną skakać po głowie Starym, a nie wyruszyć na jakąś bliżej nieokreśloną misję związaną z demolowaniem mieszkania. Miałam rację. Z jednym wyjątkiem, kiedy obudzeni zostaliśmy odgłosami telewizora. Że też one potrafiły go w ogóle włączyć. Że trafiły akurat na Świnkę Peppę. Że nie była 6 rano, tylko kulturalna 8. Czy może być lepiej?

 

Podsumowując

Wymiana łóżek tuż przed drugimi urodzinami, mimo że nie do końca planowana, okazała się super sprawą. Oczywiście zasypianie wygląda teraz trochę inaczej. Jest więcej tulenia i trochę więcej „Mamooo!” przed zaśnięciem. Moje dzieci do tej pory w porze zasypiania miały mnie totalnie w dupie, a na wszelkie próby lulania czy przytulania reagowały co najmniej zdziwieniem i miną mówiącą „No fajnie, fajnie, ale skończyłaś już? Bo spać byśmy poszli.” Do szczęścia wystarczał smoczek i łóżko. Wygodne, prawda? Nie zmienia to faktu, że teraz te kilka chwil przytulasów, czy dłuższe posiedzenie w ich pokoju, żeby złapały klimat usypiania jest czymś raczej przyjemnym niż strasznym. Wiecie… budowanie więzi, czułość, te sprawy. O ile więc Wasz potomek nie jest jeszcze nieogarniającym co się dzieje dookoła w przestrzeni bobasem, to chyba nie ma się czego bać w kwestii przeprowadzki. Jeżeli wcześniej nie przysporzył Wam siwych włosów przez sposób zasypiania, czy nocne pobudki, to w sumie nie wiem czemu teraz miałby nagle w niego wstąpić bezsenny potwór.

Jak zawsze kluczową rolę pełnią rytuały. Jeżeli coś w codziennym zasypianiu się zmienia, trzeba po prostu wspólnie wypracować nowe zwyczaje zaadaptowane do nowej sytuacji. Nic na siłę. Ze spokojem. Z tłumaczeniem, jeśli coś jest dla dziecka niezrozumiałe. Z pokazywaniem. Z cierpliwością, czułością i będzie git. 

Jeżeli uważasz, że jestem stworzona do tej roboty, zostaw kciuka TUTAJ. Jeśli tak myślisz, a kciuka nie zostawisz, to uschnie Ci wskazujący palec niedominującej ręki. Ja bym nie ryzykowała. Nie krępuj się. Możesz też udostępnić oraz skomentować.

Inline
Inline