Blog Matki Bliźniąt – TwinMama.pl

„ Zostaw! To moje!” – na ratunek pluszowemu miśkowi

Etap na „Zostaw! To moje!” mamy aktualnie w pełni. Wrzaski, szarpanina, odgłosy fruwających zabawek, płacz. Który rodzic tego nie zna?

 

Działanie w takiej sytuacji musi być szybkie i konkretne, zanim towarzystwo rozerwie na pół tego biednego miśka. Tego który i tak wiele przeszedł będąc najpierw gryzako-śliniakiem, zahaczając o kąpiel w kałużach, mumifikację w piaskownicy czy też testy nowych farbek co pod obiecunkiem miały służyć tylko do ozdabiania kartek papieru. Sny o byciu piękną instamaskotką, która tylko siedzi na dizajnerskiej półeczce, idealnie oświetlona ledowym łańcuchem jednorożców już dawno runęły. Sorry maleńki. Ktoś Cię strasznie oszukał. Teraz tylko szarpanie, fruwanie, upadanie i kąpiele w różnych, nie zawsze zidentyfikowanych substancjach. Czuję, że mam tu już wystarczająco dużo osób poruszonych losem miśka aby założyć fundację czy inne stowarzyszenie. Zastanówmy się więc, co należy zrobić w momencie, w którym kończyny górne osobników w wieku lat oznaczonych jedną cyfrą ciągną niemiłosiernie, każde w swoją stronę szarpiąc małe futrzaste ciałko w otoczeniu wrzasków  „Zostaw! To moje!”

 

Prawo własności w rodzeństwie czy też ogólnie wśród dzieci nam, dorosłym wydaje się proste.

Dzieci trzeba uczyć dzielenia się, żeby nie wyrosły na egoistyczne świnie. Uczymy je wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka. Pokazujemy, że dziecko nie jest samo na świecie, że nie jest jego słodkim pępuszkiem. Wszystko to bardzo piękne, ale czy ten medal ma tylko jedną stronę?

„Podziel się. No daj się jej/jemu pobawić. Nie ładnie tak dla siebie wszystko trzymać. Chłopiec/dziewczynka też się z tobą nie podzielą. Zobaczysz, nikt nie będzie się chciał z tobą bawić.” Takie reakcje znamy, czyż nie? Z placów zabaw , z otoczenia, a może nawet z własnych dziecięcych wspomnień. Z czego to wynika? Czy właśnie z naszego doświadczenia? Z tego, że tak do nas mówiono i tego nas uczono. Pewnie tak.

 

Węszę w tym jednak dodatkowy powód

 

Chyba każdy rodzic marzy o wizji spokojnego picia kawy z książką w ręku przy wesołych acz niezbyt głośnych dźwiękach wspólnej wspaniałej zabawy roześmianych dzieci. Albo przynajmniej, żeby nie rozdzierały paszczy tak, że tynk ze ścian leci w częstotliwości około dwadzieścia osiem razy na minutę. Każdemu według potrzeb, ale spokój to jest jednak spokój. Wagi tego słowa na pewno nie muszę tłumaczyć. Czy to nie o ten spokój nam również chodzi w przypadku awantur o prawo własności? Pomyślmy. Jeśliby tak załapały, że zawsze trzeba się dzielić, że jak jedno wzięło pierwsze nawet nie swoją zabawkę to ma święte prawo bawić się nią aż do znudzenia, bo przecież trzeba się dzielić. Sprawa prosta. Pozamiatane. Powodów do konfliktów brak. Teraz tylko my, nasza kawa i jeszcze aparat jakiś pod ręką, żeby ten błogi obrazek obfocić srogo i wrzucić gdzie trzeba. A niech zobaczą!

 

OFFTOPIC W momencie opisywania tego fragmentu Twixy „jak na złość” siedzą obok na dywanie, zgodnie układając puzzle. Zrobiłabym zdjęcie, ale i tak powiecie, że pozowane. To chyba jakiś cud.

EDIT: Gigantyczna awantura o puzzel. Cofam to co napisałam.

 

 

To tak nie działa. Nie może działać. Oczywista sprawa, że jak sąsiad powie do sąsiada „Ej daj swój samochód na weekend. Chcę tylko się pobawić. Trzeba się dzielić” to ten drugi się nie zgodzi i co najmniej go wyśmieje. Tego dzieci nie trzeba uczyć. One będą to wiedziały. Nie martwmy się. Chodzi o coś zupełnie innego i dużo ważniejszego. Nasze granice. To jest, moim zdaniem, jedna z ważniejszych lekcji jaką powinniśmy przyjąć sami, a następnie przekazać naszym dzieciom. Nikt nie ma prawa przekroczyć twoich granic. Masz prawo odmówić. Zawsze i w każdej sprawie, która miałaby naruszać twoje ja.

 

Mam wrażenie, że wielu dorosłych często robi coś wbrew sobie. Bo on/ona tak ładnie prosi. Bo pomyślą, że jestem egoistą, że jestem słaby, że jestem niemiła, zarozumiała, że nie jestem ok. Znasz to uczucie? Kiedy nie do końca masz na coś ochotę, ale robisz dla „świętego spokoju” lub z innego równie mądrego powodu, a finalnie zamiast lepiej, czujesz się jeszcze gorzej? Frustracja, poczucie, że twoje potrzeby są mniej ważne od potrzeb innych lub chociażby zwykły wkurw. Czujesz, że coś jest nie tak, ale nie do końca wiesz co. Może Ty tak naprawdę nie miałeś ochoty teraz dzielić się tym miśkiem, ale zawsze Ci mówiono, że trzeba.

 

Twixy mają swoje, przez siebie wybrane lub im konkretnie ofiarowane maskotki, samochodziki książeczki. Mają też wspólne gry, klocki czy kredki idealne do dzielenia się.  To jest olbrzymie pole, na którym mogą „trenować” stawianie granic. Moim zadaniem jest starać się im w tym pomagać. Mimo, że na obecnym etapie nie zawsze jest to proste.

 

Dawajmy dzieciom prawo do posiadania czegoś swojego. To nie zamieni ich w samolubne, naburmuszone smutasy. To pomoże im nauczyć się co to są granice. Pomoże uzbroić się na przyszłość w coś bardzo ważnego. Pomoże im być szczęśliwym  człowiekiem. Czy nie tego właśnie najbardziej dla nich chcemy?

 

 

PS Podczas zbierania materiału do tego tekstu nie ucierpiał żaden pluszowy misiek.

 

 

______________________________________________________________________

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, koniecznie daj znać.

Zostaw komentarz tu lub na Facebook’u. Polub, a nawet udostępnij śmiało.

Wtedy widzę, że nie piszę w próżnię, że jesteś tam, po drugiej stronie. Dzięki!

Znajdziesz mnie też na Instagramie o TU

 

Inline
Inline